Recent Updates RSS Toggle Comment Threads | Keyboard Shortcuts

  • Leszek Krupiński 12:11 on 2012-01-24 Permalink | Reply
    Tags: acta, , sopa, ue   

    Afera z ACTA 

    Gdzie nie spojrzeć – ACTA i Anonymous. Boję się otworzyć lodówkę. Ktoś gdzieś stwierdził, że podwyżkę VATu społeczeństwo przełknęło, podwyżkę akcyzy na paliwo też, ale jak rząd chce zabrać lolcaty, to wielkie zamieszanie. Tylko czy ten protest ma jakikolwiek sens?

    Przez dłuższą chwilę próbowałem znaleźć informacje czemu ACTA jest złem. Bez problemu dotarłem do artykułu Vagli ze wskazówkami dla dziennikarzy o co pytać polityków. Znalazłem tam cały rząd zastrzeżeń dotyczących sposobu procedowania przy opiniowaniu ACTA. Co do samego ACTA na większości stron znalazłem tylko frazesy – że to cenzura, że odbiera prawa, że internauci do więzień i inne tego typu bzdury. Wiedząc jak wyglądają internetowe protesty, od razu zapaliła mi się żaróweczka ostrzegawcza. Zacząłem grzebać dalej. I co? I… w sumie to w kontekście ogólnego krzyku, niewiele.

    Czym jest ACTA

    ACTA, czyli Anti-Counterfeiting Trade Agreement, to porozumienie kilku państw (aktualnie ACTA podpisało 8 państw, dwa kolejne + Unia Europejska jeszcze się wstrzymały) w kwestii ustalenia standardów walki z towarami podrobionymi, a w ogóle – własnością intelektualną. Wymaga wprowadzenia pewnych rozwiązań prawnych, które powinny wprowadzić państwa-sygnatariusze, a niektóre sugeruje.

    Po co podpisywać?

    Cóż… nie mam pojęcia. Nigdzie nie widziałem informacji na temat korzyści z podpisania tego aktu. Minister Boni zajmował się jedynie kontrowaniem argumentów przeciwników, natomiast czemu byśmy mieli być zainteresowani dołączeniem do grupy ACTA – nie powiedział. Według zwolenników ACTA, podpisanie tego porozumienia nie spowoduje konieczności wprowadzenia żadnych zmian w polskim prawie. Tylko w takim razie po co to podpisywać, i jak zwolennicy (chyba tylko wydawcy płyt i część artystów) mogą teraz głośno twierdzić, że ta umowa spowoduje podwyższenie standardów ochrony ich własności intelektualnej? Jak coś, co nic nie zmienia, sprawi, że im będzie lepiej?

    Czemu nie podpisywać?

    Pomijając całą zadymę wokół sprawy, zastrzeżenia prawne co do ACTA dotyczą w większości faktu, że ACTA jest przestarzałe, nie wnosi nic nowego, i tylko utrwala stary system, nie przystający do doby Internetu. Nie trudno dopasować fakty komu taka sytuacja jest na rękę: RIAA czy MPAA (amerykańskie zrzeszenia przemysłu odpowiednio muzycznego i filmowego), zajmujące się w imieniu wielkich korporacji procesowaniem się z piratami, ochoczo podają naciągane wyliczenia pokazujące, że jak ktoś ściągnął płytę, to jest to równoznaczne ze utratą przychodów firmy o cenę płyty, gdyż gdyby jej nie ściągnięto z internetu, to na pewno ta sama osoba by kupiła tą płytę w sklepie. Co więcej, ACTA sankcjonuje wyliczenia wzięte z czapy, sugerując że sądy muszą brać pod uwagę “przedstawionego przez posiadacza praw jakiegokolwiek zgodnego z prawem obliczenia wartości, które może obejmować utracone zyski, wartość towarów lub usług, których dotyczy naruszenie”.

    Hołdys czy Kora głośno krzyczą, że bez ACTA będą biedni, ale jakoś nie mają nic na poparcie swoich tez – jedynie stwierdzenia, że ich płyty coraz gorzej się sprzedają, ale może to powinno im dać nieco do zastanowienia w innym kontekście.

    Konrad Gliściński z Katedry Prawa Cywilnego UJ napisał ciekawą opinię na temat ACTA, patrząc z punktu widzenia prawnika. Już na samym początku można przeczytać, że już w preambule stosowane są stwierdzenia będące co najmniej nadużyciem, analogicznym do tych stosowanych przez przemysł fonograficzny, sugerujące, że prawa autorskie mają kluczowy wpływ na wzrost gospodarczy, na co nie ma żadnych dowodów.

    ACTA samo w sobie nie narzuca żadnych zmian Polsce, gdyż, jak wiele osób zauważyło, nasze prawo autorskie jest bardziej restrykcyjne niż zapisy tej umowy, jednak kreuje kierunki rozwoju prawa, oraz sugeruje kierunki interpretacji sądowej. We wspomnianej wyżej analizie podany jest przykład sugestii, że karane powinno być nagrywanie filmów w kinach. Jest to jedynie sugestia, jednak taka sugestia może być podparciem wyroku sądowego w kwestii dozwolonego użytku (jeśli ACTA sugeruje penalizację takiego zachowania, to wykracza to poza dozwolony użytek). Problemem jest też fakt, że zapisy ACTA chronią w zasadzie wyłącznie koncerny, natomiast nie gwarantują zwykłemu obywatelowi dostępu do dóbr intelektualnych, jak to robi w Polsce np. prawo o dozwolonym użytku. Nie ma równowagi między ochroną a dostępem.

    Trzy kwestie z tego porozumienia trzeba podkreślić: odpowiedzialności karnej, domniemania niewinności, oraz ochrony danych osobowych.

    W prawie Unii Europejskiej naruszenie dóbr niematerialnych nie powoduje odpowiedzialności karnej, co z kolei jest przewidywane przez ACTA. Brak jest proporcjonalności kary do występku – tutaj warto przywołać przykład podawany w USA w czasie walki o zablokowanie SOPA, pokrewnego aktu: “Za wrzucenie do internetu piosenki Michaela Jacksona dostałbyś 5 lat więzienia – o rok więcej niż człowiek, który przyczynił się do jego śmierci.”

    W kwestii domniemania niewinności aż zacytuję cały artykuł Aktu, bo to chyba najlepiej zilustruje problem:

    Każda strona przyznaje swoim organom sądowym prawo zastosowania środków tymczasowych bez wysłuchania drugiej strony w stosownych przypadkach, a szczególności, gdy jakakolwiek zwłoka może spowodować dla posiadacza praw szkodę nie do naprawienia lub gdy istnieje możliwe do wykazania niebezpieczeństwo, że dowody zostaną zniszczone (…) Każda Strona przyznaje swoim organom sądowym prawo do podejmowania natychmiastowego działania w odpowiedzi na wniosek o zastosowanie środków tymczasowych

    To chyba można pozostawić bez komentarza.

    Wymogi w kwestii ujawniania danych osobowych skrytykowało nawet GIODO. ACTA zawiera zapis na mocy którego “posiadacz praw” może zażądać przekazania mu danych osobowych osoby podejrzewanej o naruszenie jego praw własności intelektualnej, włączając w to informacje dotyczące dowolnej osoby zaangażowanej w jakikolwiek aspekt naruszenia lub podejrzewanego naruszenia oraz dotyczące środków produkcji lub kanałów dystrybucji towarów lub usług stanowiących naruszenie lub co do których zachodzi podejrzenie naruszenia, w tym informacje umożliwiające identyfikację osób trzecich, co do których istnieje podejrzenie, że są zaangażowane w produkcję i dystrybucję takich towarów lub usług, oraz identyfikację kanałów dystrybucji tych towarów lub usług – czyli wszystkich i jego babcię też. Bez wyroku. “Przynajmniej dla celów zgromadzenia dowodów”.

    ACTA jest dokumentem bardzo ogólnym, nie zawierającym definicji własności intelektualnej. Dotyczy i metki z logo Nike, i leków generycznych. I właśnie przez to nakładanie na siebie przez Państwo ograniczeń, jest złe. Bo przez nieograniczone niczym stwierdzenia odcina się np. akceptację możliwości stosowania leków generycznych (czyli o takim samym składzie jak leki opatentowane, ale bez “metki”) w krajach trzeciego świata. Dodatkowo akty międzynarodowe mają pierwszeństwo przed ustawami.

    Jeszcze kilka ciekawostek z ACTA:

    • sugerowane jest niszczenie towaru jako domyślne zachowanie, nawet jeśli wystarczyłoby odprucie metki
    • urzędnicy nie mogą być pociągani do odpowiedzialności za działania w myśl ACTA
    • Polak, który przed polskim sądem przegra sprawę z wielkim koncernem, zatrudniającym za amerykańskie stawki prawnika, będzie musiał zapłacić za tego prawnika

    Nie tą drogą?

    Największe zastrzeżenia budzi to, w jaki sposób postępowały prace nad ACTA. Prace te były trzymane w tajemnicy od samego początku, czyli roku 2006. Co nieco wyciekło w roku 2008, poprzez WikiLeaks. Wtedy też niektóre, najbardziej kontrowersyjne zapisy, zostały złagodzone (swoją drogą ciekawe co by było, gdyby sprawa nie wyszła na światło dzienne). Negocjacje trwały dalej, i dalej były niejawne. Co więcej, na pytanie organizacji pozarządowych o możliwość konsultacji, dostali odpowiedź odmowną, bo sprawa jest niejawna. Dalej sprawa była przepychana bocznymi drogami – np. informacja o przyjęciu porozumienia przez Radę Unii Europejskiej znalazła się na stronie 43 komunikatu prasowego na temat rolnictwa i rybołówstwa.

    W polskim rządzie nie było lepiej – konsultacje między ministerstwami były prowadzone w trybie obiegowym, rozpoczętym na chwilę przed reorganizacją rządu, przez co dokument nie trafił do ministerstw, których w poprzedniej kadencji po prostu nie było.

    Aktualnie rząd prze do podpisania dokumentu w Tokio 26 stycznia, pomimo tego, że ACTA zobowiązuje państwa do podpisu do 31 marca 2013 roku. Ale nasz rząd jest na tyle łaskawy, że planuje rozpocząć akcję informacyjną, tyle że po podpisaniu Aktu – tłumaczy się, że ACTA będzie musiała zostać jeszcze ratyfikowana przez Parlament, więc wcale nie jest za późno na tłumaczenie zalet umowy. Mnie ciekawi jednak, że tłumaczenia ze strony ministrów koncentrują się na odpieraniu zarzutów, a nie informowaniu jak konkretnie podpisanie ACTA poprawi sytuację twórców – wręcz przeciwnie, podkreślane jest, że ACTA absolutnie nic nie zmieni.

    Podsumowując

    Czy ACTA jest złym dokumentem? Tak, bo utrwala stare zasady, przekłada stare ustawodawstwo dotyczące materialnych towarów na “rynek” internetowy, a do czego to prowadzi wszyscy wiedzą. Tak, bo ogranicza swobodę państwa. Tak, bo jest bardzo ogólna, a dotyczy tematu zawierających wiele rzeczy wyjątkowych dla poszczególnych rynków (do jednego worka wrzucane są leki, oprogramowanie, trampki i piosenki). Tak, bo łamie pewne zasady: domniemania niewinności (zajmowanie a priori sprzętu, przekazywanie danych osobowych firmie/osobie skarżącej), równowagi prawnej między odbiorcą a twórcą.

    Czy jest to powód do paranoi, że zaraz wszystkich pozamykają za wklejanie lolcatów? Nie.

    ALE. Na mocy postanowień ACTA możliwy jest taki oto wyolbrzymiony scenariusz: z sieci BitTorrent ściągasz nowy system Ubuntu (całkiem legalnie – system jest darmowy). Universal Music, widząc ruch na torrentach, uznaje że piracisz, i rozpoczyna działania w myśl ACTA: rekwirują ci cały sprzęt (w myśl art. 12 ACTA), wyciągają dane osobowe o całej rodzinie i znajomych z fejsa (w myśl uogólnienia “dowolnej osoby zaangażowanej w jakikolwiek aspekt (…)” – art. 11 ACTA) i przekazują od razu do Universal (art. 11 ACTA). Przegrywasz, bo na pewno coś znajdą na kompie (chociażby bufor przeglądarki – tutaj szczególnie widać niedostosowanie starych uregulowań do aktualnych czasów, kiedy to żeby obejrzeć cokolwiek w Internecie trzeba to ściągnąć na dysk, czyli – skopiować), musisz zapłacić wyssane dane na podstawie jakiegokolwiek wyliczenia, jakie tylko Universalowi przyjdzie do głowy (art. 9 ACTA), i musisz zapłacić gażę amerykańskiego prawnika, który reprezentował Universal (art.9 pkt 5).

    Jakkolwiek jest to przekoloryzowana historyjka, jest możliwa.

    Nie jestem prawnikiem. Chciałem po prostu uzyskać kompetentne informacje a nie medialną i fanatyczną papkę. A co konkretnego znalazłem – przepisałem dla potomności. Jeśli w jakimkolwiek miejscu się mylę, proszę o informacje, poprawię.

    Edit:

    Linki

     
    • MarkoPolo 12:22 on 2012-01-25 Permalink | Reply

      Witam

      Nie wiem czemu jestes tak agresywnie nastawiony do tych co protestujac nie napisali “nic sensownego, a jedynei jakies frazesy”. Jest oczywistym, ze wiekszosc osob nie bedzie wiedziala DOKLADNIE o co kaman. Cos tam przeczytali, cos uslyszeli – i to im wystarczy. Czy jednak z tego powodu (ze nei zaglebili sie w temat) mieliby nie protestowac ? Ja uwazam, ze jak najbardziej powinni. Moim zdaniem wystarczy, ze droge wytyczaja rozne instytucje, jak Panoptykon, GIODO, rozni profesorowie, prawnicy, etc. Bardzo wielu z nich zglosilo swoje wielkie zaniepokojenie. I wlasnie ta ich postawa wystarczy wiekszosci ludzi, ktorzy sami nie zaglebiaja sie w temat i oraniczaja sie do hasel “nie dla ACTA”. nie widze w tym nic zlego.
      Ja protestuje, gdyz scenariusz jaki opisales na koncu swojej wypowiedzi uwazam za bardzo prawdopodobny. Moze nie zaraz po uchwaleniu. ALE… jest to tylko kwestia czasu. Tak jak sprawa studenta z anglii i jego TvShacka. Juz zostala podjeta decyzja o ekstradycji…
      Jezeli ACTA moze wprowadzic chocby podwaliny pod taki system “sprawiedliwosci” to my juz dzis robimy “afere” i wstawiamy “lolcaty” i stanowczo mowimy NIE DLA ACTA ;)

      Pozdrawiam

      • Leszek Krupiński 12:54 on 2012-01-25 Permalink

        Nie jestem nastawiony agresywnie, nie wiem gdzie wyczytałeś agresję. Co więcej, nie to stanowi clou mojego wpisu. Ale jeśli już chcesz poruszyć ten temat: przeszkadza mi to, bo to stanowi kolejny dowód fejsbukizacji życia publicznego. Masa ludzi, którzy na dobrą sprawę nie wiedzą o co chodzi, klikną ‘lajka’, bo w sumie czemu nie. I _bardzo_ mi przeszkadza, że uznają to za powód do protestowania. Bo w tym momencie nie różnią się niczym od naszych europosłów, którzy rozbrajająco przyznają, że nie wiedzą za czym głosowali, a teraz nagle zmieniają front, pewnie w dalszym ciągu nie wiedząc w czym jest problem.

    • Leszek Krupiński 12:56 on 2012-01-25 Permalink | Reply

      A co do reszty się zgadzamy, więc high five, die, ACTA, die ;)

  • Leszek Krupiński 13:06 on 2011-12-14 Permalink | Reply
    Tags: adobe, creative studio, illustrator, indesign, master collection, photoshop   

    Zmiana języka UI pakietu Adobe 

    Mój zakład pracy nieopatrznie kupił mi pakiet Adobe’a w polskiej wersji językowej. Początkowo myślałem “a, jakoś to będzie”, ale nie, to jest nie do przełknięcia. Nie mogę nic znaleźć w menu, a niektóre tłumaczenia sprawiają, że krwawią mi oczy.

    Ogólnie rzecz biorąc, nie ma opcji żeby normalnie i legalnie zmienić język na angielski. Można oczywiście sobie wykupić upgrade, co pozwala na zmianę języka (np. można nałożyć angielski upgrade na polską wersję bazową), ale mam pakiet w najnowszej wersji, więc odpada (pomijam już kwestie finansowe).

    Ale jest kilka opcji nienormalnych. Nie widziałem rozwiązania dla całego pakietu, ale znalazłem jak zmienić język w trzech najbardziej mnie interesujących programach (z resztą jakoś przecierpię do upgradu): Photoshop, Illustrator, InDesign.

    Photoshop

    Należy usunąć lub zmienić nazwę pliku c:\Program Files (x86)\Adobe\Adobe Photoshop CS5.1\Locales\pl_PL\Support Files\tw10428.dat

    Illustrator

    Należy usunąć lub zmienić nazwę katalogu c:\Program Files (x86)\Adobe\Adobe Illustrator CS5.1\Support Files\Contents\Windows\pl_PL

    InDesign

    W edytorze rejestrów (regedit) należ odszukać klucz HKLM/SOFTWARE/Wow6432node/Adobe/InDesign/6.0/User Interface Locale Setting i zmienić jego wartość na 02 (10 oznacza język polski, 02 to International English).

    Wszystkie przykłady dla Windows 7 64bit

     
    • Krzysztof Furmaga 04:18 on 2012-01-06 Permalink | Reply

      Dzięki ocaliłeś mi życie :) bo bym się pochlastał jak bym mial walczyć z polskim Photoshopem. Powiedz mi wiesz może jak zmienić język we flashu? bo tego mi tylko brakuje do szczęścia :) Z góry dziekuję

      • Leszek Krupiński 13:22 on 2012-01-06 Permalink

        Do flasha niestety nic nie znalazłem. Krążą po sieci “Language packs” dla różnych programów pakietu CS, ale linki prowadzą na serwisy wymiany plików, z których to pakiety językowe są dosyć szybko usuwane.

  • Leszek Krupiński 10:06 on 2011-07-28 Permalink | Reply  

    Zmagania 

    Ostatnimi dniami w radio, na różnych stacjach, słyszałem na końcu informacji o Amy Winehouse “Winehouse od lat zmagała się z uzależnieniem od alkoholu i narkotyków”. W jaki sposób ona się zmagała? Z tego co można było zauważyć, to co najwyżej zmagała się z ich brakiem i koniecznością wykonania telefonu po zaopatrzenie.

     
  • Leszek Krupiński 16:58 on 2011-07-25 Permalink | Reply
    Tags: , telewizor   

    Internet w telewizorze 

    Poczułem, że żyję w XXI wieku, jak się okazało, że przewidziałem za mało gniazdek ethernetowych w miejscu, gdzie stoi telewizor. Planowałem tylko dla komputera MediaCenter, a tymczasem jeszcze doszło PS2, Blu-Ray, a przede wszystkim – telewizor. Uważałem to za niegroźne dziwactwo, te całe “widgety” w telewizorze – no niby fajnie mieć YouTube (modne są ostatnio YouTube Parties – więc taka opcja jest w sam raz). Z drugiej strony, wpisywanie czegokolwiek bez normalnej klawiatury, jedynie stukając pilotem tak, jak kilka lat temu stukało się SMSy, to mordęga (okazało się też, że z niewiadomych przyczyn w telewizorze nie wyszukują się niektóre filmy, które bez problemu znajduję przez komputer). No i jak wspomniałem, mam podpięty komputer MediaCenter, więc Internet w telewizorze służył jedynie do aktualizacji jego oprogramowania.

    Razem z którąś aktualizacją softu telewizora przyszło kilka “łidżetów”, które – to mnie zaskoczyło – okazały się przydatne. Były to programiki do puszczania filmów dostępnych w Internecie – Ipla i pseudo-VOD TVP (pseudo, bo z VOD ma to tyle samo wspólnego co YouTube – ot, filmiki które można oglądać on-line).

    Oglądałem sobie jedną z polskich produkcji serialowych, ściągając ją z Internetu, aż doszedłem do końca pierwszej serii (nie, nie było to “M jak Miłość”). Byłem na głodzie, na torrentach prawie żadnych źródeł, i z ciekawości zerknąłem na “VOD.TVP” – i znalazłem tam mój serial, dostępny natychmiast, i to w dużo lepszej jakości niż to, co było na torrentach. Tak więc – do czegoś może się ten Internet w telewizorze przydać, a gdyby jeszcze była jakaś ludzka klawiatura do tego…

     
  • Leszek Krupiński 07:51 on 2011-07-21 Permalink | Reply
    Tags: , monsters, potwory, , strefa x   

    Niby sci-fi, ale nie sci-fi 

    Wybierałem się na film Monsters (przetłumaczony na nasze jako “Strefa X”) z przeświadczeniem, że będzie to film o stworzeniach z kosmosu, ale zrobiony ze smakiem, bez ciągłego rozkawałkowywania biednych ludzi. W tej kwestii się nie zawiodłem. Cały film oglądało się przyjemnie, ale na koniec, po chwili zastanowienia, jednak dużo mi w filmie brakowało.

    Dopiero po wyjściu z kina zauważyłem napisy na plakatach reklamujących ten film jako coś w stylu “romansu, ale są kosmici, więc nawet facetowi się spodoba”. Może gdybym zobaczył ten napis przed wejściem do sali bym miał nieco inne oczekiwania, ale tak się stało, że go nie zauważyłem, więc było jak było.

    Film moim zdaniem ogląda się świetnie. Wspaniałe plenery, super klimat. Więc w czym problem? Ano problem z tym, że kosmici to jedynie tło. I to tło bardzo słabo wpływające na fabułę, która jest taka: przypadkowa para ludzi musi wydostać się ze “Strefy”, poddanemu kwarantannie sporemu wycinkowi Meksyku, gdzie rozbiła się sonda NASA, przywożąca na Ziemię obce formy życia. Strefa została przedstawiona bardzo ciekawie, tylko po obejrzeniu filmu pomyślałem sobie – a gdyby zamienić Meksyk na Zimbabwe, a kosmitów na dzikie słonie, czy cokolwiek by to zmieniło? Absolutnie nie! Tak samo bohaterowie by się przedzierali przez dżunglę, uciekali przed dzikimi stworami, i tak samo na koniec filmu by nie było wiadomo o co w sumie z tymi zwierzakami chodziło.

    Film obejrzałem z przyjemnością. Na pewno przynajmniej raz go jeszcze obejrzę – dla plenerów, dla klimatu, ale definitywnie nie dla fabuły, która jest prosta jak drut, i wymęczona do granic możliwości. Niestety jest tak jak napisano na plakacie – romans z kosmitami w tle. Momentami film przypominał mi “Bliskie spotkania trzeciego stopnia” – tam też kosmitów prawie nie widać, ale “czuć” przez cały czas. Tylko że w “Bliskich spotkaniach” jednak głównie o tych kosmitów chodziło, a tutaj głównym problemem jest “kiedy on ją w końcu pocałuje”. Szkoda, bo wątek tych biednych kosmitów w ogóle nie został rozwinięty.

    Repost z Filmastera.

     
  • Leszek Krupiński 13:41 on 2011-05-29 Permalink | Reply  

    Chwila polemiki 

    Draft tego wpisu leżał sobie przez kilka miesięcy, w międzyczasie mi się odechciało go kończyć, ale jako że był prawie skończony, dopisałem kilka zdań i wrzucam – co ma się kurzyć.

    Może ktoś powiedzieć, że mi się nudzi, ale stwierdziłem, że tak dla sportu, poodbijam piłeczkę z Ziemkiewiczem, i skomentuję jego ostatni felieton pt. “Młodzi-wykształceni mają przerąbane“, dotyczący m. in. kwestii KDT, która mnie irytuje na poziomie porównywalnym chyba tylko z Wojnami Krzyżowymi.

    Rok temu wielu moich kolegów po piórze dało się zwieść argumentowi, że „prawo musi być szanowane” i po frajersku chwaliło panią Gronkiewicz-Waltz za urządzony „handlarzom” pogrom. Ja pisałem wtedy, że gdyby zarząd miasta kierował się interesem społecznym, mógł i powinien odczekać z opróżnieniem hali, aż kupcy otworzą nową.

    No cóż, podziwiam wiarę pana Ziemkiewicza, że mając więcej czasu “kupcy” (sziwan, specjalnie dla Ciebie, “kupcy” w cudzysłowach ;) ) zrobiliby cokolwiek. Datę końcową umowy znali w momencie tejże umowy podpisywania. Że nie zostanie przedłużona, wiadomo było na kilka miesięcy przed końcem jej trwania. Umowa skończyła się z końcem roku 2009. Eksmisja nastąpiła w lipcu. Mieli więc co najmniej rok czasu na podjęcie działań – a tymczasem ich działania ograniczyły się do wysuwania niczym nie uzasadnionych żądań przekazania im działki w centrum miasta na preferencyjnych warunkach, z pominięciem jakichkolwiek procedur.

    Warto też pamiętać, że już poprzednia umowa ze spółką KDT, którą podpisał Lech Kaczyński, była wymęczona, bo już wtedy wstępnie planowano jej nie przedłużać.

    Pani prezydent uzasadniała pośpiech w oczyszczaniu terenu koniecznością budowy II linii metra. Po roku i dwóch miesiącach budowa II linii metra ograniczyła się do zrobienia, z wielką pompą i przed kamerami, kilku dziur o średnicy circa 5 cm, celem pobrania próbek gruntu. I to na odległym od KDT o kilometr Rondzie Daszyńskiego. I to dopiero przed kilkoma tygodniami.

    Tak… Bo handlarzy trzeba było poprosić o wyniesienie się w momencie, kiedy pod halę podjadą buldożery gotowe do pracy. I oczywiście prace będą prowadzone punktowo, zaczną przy Rondzie Daszyńskiego i prace w innych miejscach będą rozpoczęte, jak dojdzie do nich wykop. No i oczywiście umowa byłaby podpisywana w odstępach tygodniowych – bo przecież na dwa lata nikt by nie podpisał z powodów oczywistych.

    Kto zyskał na tej awanturze? Na pewno nie abstrakcyjnie pojmowane „prawo”, bo sąd uznał potem, że jakkolwiek tytuł kupców do zajmowania obiektu wygasł, usunięcia ich dokonano w sposób bezprawny, a agencja ochrony „Zubrzycki”, którą posłużyła się pani prezydent, miała nawet z tego tytułu kłopoty z koncesją.

    Sprawa działań agencji ochrony jest rzeczą osobną – jeśli popełnili błędy przy działaniu, to powinni ponieść karę. Aczkolwiek jeśli powodem odebrania koncesji (które nb. dalej nie jest pewne, bo procedura odwoławcza ciągle trwa) ma być stwierdzenie ludzi z KDT, że “zostali pobici”, to mam poważne wątpliwości, czy może to być podstawą. Oczywiście, jest kwestia skali zachowań ochroniarzy, ale każdy kto widział scenki spod KDT widział, że sytuacja nie wyglądała tak, że handlarze stali grzecznie a ochroniarze przyszli i ich spałowali.

    Natomiast wyroku w kwestii bezprawności usunięcia handlarzy szukałem długo, ale nie znalazłem. Z drugiej strony, był wyrok sądu w sprawie zezwolenia na eksmisję, na podstawie którego jej dokonano.

    Na pewno nie „przestrzeń miejska”, bo przez większość tego roku hala stała tak samo jak dotąd, tylko pusta i odrapana

    Tu wystarczyła odrobina dobrej woli, żeby zauważyć, że przez większość tego czasu trwały poszukiwania kupca na strukturę hali.

    (wieżę Eiffla zbudowano w 12 miesięcy, pani Gronkiewicz-Waltz potrzebowała niewiele mniej, żeby rozebrać blaszany barak o dość lekkiej konstrukcji),

    Ciężko to komentować. Jeśli pan Ziemkiewicz chce porównywać, to niech porówna, ile trwało budowanie wieży Eiffla, a ile faktyczny czas rozbiórki hali, bo tutaj, jak wspomniałem wcześniej, dochodziło wiele dodatkowych kwestii, nie tylko bieganie panów z palnikami.

    a teraz straszy tam równie piękny płot.

    Pewnie inny prezydent by już zdążył tam postawić Krzywą Wieżę, a dookoła niej – Wiszące Ogrody.

    Trochę zyskała sama pani prezydent, bo dla naszej obrazowanszcziny „handlarz”, „prywaciarz”, noszący białe skarpety do czarnych mokasynów i mający kupę pieniędzy, które po sprawiedliwości powinni mieć raczej inteligenci, jest postacią równie znienawidzoną jak „wsiór”.

    Zaiste, w ciekawych kręgach się pan Ziemkiewicz obraca.

    Spektakularne rozpędzenie dorobkiewiczów bardzo czytelnikom Michnika przypadło do serca.

    A teraz pojechanie po stereotypach, wytwarzanych głównie w umysłach anty-gazwybowców.

    Ale przede wszystkim zyskały na tym okoliczne mnogie galerie handlowe, którym KDT robiło straszną konkurencję, sprzedając towary w najgorszym wypadku równie badziewne, a często lepsze, o połowę taniej.

    Pan Ziemkiewicz chyba nigdy nie był w tej hali. Owszem, były tam rzeczy tanie, ale, jak by to delikatnie powiedzieć… dla specyficznego grona odbiorców. Takich bardziej różowych i bardziej tlenionych niż średnia społeczeństwa. Pozostałe rzeczy były po pierwsze drogie, po drugie “na jedno kopyto” – na każdym stoisku tego samego typu 90% asortymentu się powtarzało.

    Fakt, że miasto robiło wszystko, aby kupców podzielić, że oferowało im różne korzystne lokalizacje, ale pod warunkiem, że małe sklepiki pozwolą się rozsypać po dużej przestrzeni, upewnił mnie − i nadal jestem o tym przekonany − że pani prezydent, z sobie wiadomych powodów, działała w interesie tego właśnie lobby.

    Pan Ziemkiewicz ma swoje wizje na różne tematy, jak nie przymierzając Kaczyński. A że wizje mogą się rozbiegać z rzeczywistością to zupełnie inna sprawa. Bo czy na zdrowy rozum łatwo jest zaproponować gigantyczne miejsce w dobrej lokalizacji, do tego na preferencyjnych warunkach właśnie dla tej grupy ludzi? Przecież to jawny żart z prawa!

    Tak należy tłumaczyć fenomen, że w kraju, gdzie prawo i jego wyroki wszystkim wiszą, w mieście, które latami nie jest w stanie wyegzekwować rzeczy najprostszych, nagle pani prezydent uparła się wyegzekwować jeden wyrok sądu już, natychmiast, prawem i lewem. I to akurat ten, z egzekucją którego można było bez żadnego problemu rok poczekać. Tylko że tu właśnie były określone, szmalowne siły, którym na załatwieniu sprawy zależało.

    I znowu kwestia “można było rok poczekać”. W ogóle co to za pomysł, żeby tych ludzi tylko utwierdzać w przekonaniu, że mogą sobie wbrew prawu zajmować publiczny teren? I czemu rok? Rok później sytuacja by wyglądała dokładnie tak samo – handlarze z KDT bez nowej hali, metro coraz bliżej, wielka afera. Do tego, jak sam pan Ziemkiewicz zauważył, proces rozbiórki hali trwa, więc trzeba go przygotować wcześniej – do roku Ziemkiewicza, trzeba by dodać kolejny rok, zanim można by było cokolwiek w tym miejscu zrobić.

    Nie chce mi się już powtarzać, że kraje zachodnie robią co mogą, aby właśnie wspierać „prywaciarzy”, aby zachęcać drobnych kupców do grupowania się we wspólnych przedsięwzięciach typu KDT.

    W ten sposób tworzy się pewna konkurencja dla wielkich, sieciowych hipermarketów. Ale tam władza kieruje się dobrem społecznym. U nas jest swoistym zakładem usługowym, w którym kto ma kasę, może zamówić korzystne dla siebie rozwiązania. W kraju, gdzie można dać w łapę prokuratorowi czy inspektorowi skarbowemu, aby pod naprędce zmyślonymi, absurdalnymi zarzutami doprowadził firmę konkurenta do upadku, nic dziwić nie powinno.

    Promować to można legalne interesy, które faktycznie pozytywnie wpływają na gospodarkę. Trzeba promować postępowanie zgodnie z prawem, zgodnie z zasadami, które obowiązują wszystkich. Jak można promować ludzi, którzy chcą wymusić siłą preferencyjne warunki, lepsze niż inni?

    Ale przypominam o sprawie, by wydobyć inny jej aspekt. Otóż jako swego czasu częsty klient w KDT obserwowałem jego zdecydowaną proplatformerskość. Podczas wyborów w większości boksów wywieszone były plakaty PO, a w czasie wyborów samorządowych − samej pani Gronkiewicz-Waltz. Partia Tuska wydawała się naiwnym kupcom partią liberalną, promującą właśnie takich jak oni drobnych przedsiębiorców, dorabiających się mozolnie i od niczego, zamiast, jak każdy porządny członek „wysokorozwiniętego społeczeństwa socjalistycznego” siedzieć w kącie i czekać na zasiłek. Niestety, za naiwność się płaci.

    No cóż, wielu przejechało się na platformie, ale ciężko uznać to za punkt w obronie KDTowców.

    I to mi się kojarzy z innym „wojskiem” Platformy, propagandowo bardzo przez nią hołubionym i zajadle walczącym za nią na fejsbukach i forach internetowych, a od czasu do czasu na ulicy i, last but not least, przy wyborczych urnach: o „młodych, wykształconych i z dużych miast”.

    Jak widać w sondażach, ci najmłodsi wyborcy mają zamiar głosować na PiS. Na forach bronią Kaczyńskiego równie “zajadle” jak inni Tuska. Kula w płot.

    „Z badań Instytutu Pracy i Polityki Socjalnej wynika, że rzesza bezrobotnych absolwentów w latach 2011 – 2015 może przekroczyć nawet 3 miliony” − cytuję za „Dziennikiem. Gazetą Prawną”. Taki efekt da prawdopodobnie wejście na rynek pracy 2 milionów obecnych studentów i uczniów. Obecnie stopa bezrobocia wśród młodzieży wynosi – według tego samego źródła – 25 proc., czyli jest ponad dwa razy większa niż bezrobocie w ogóle, i jedna z najwyższych w UE.

    Czy może być inaczej? Kto uważnie obserwuje państwo Tuska i jego priorytety wie od dawna, że to logiczna konsekwencja przyjętych założeń. Jeśli się kieruje przede wszystkim interesem zorganizowanych sitw i lobbies, korporacyjnych zarządców i establishmentów, to młodzi muszą ponieść konsekwencje. Podobnie, jak drobni przedsiębiorcy muszą ponieść konsekwencje, gdy władza wysługuje się wielkim korporacjom. A że ta władza tak właśnie postępuje, pisze o tym od miesięcy i ja, i wielu innych, i jak na razie, niestety, jest to wołanie na puszczy. Najwyraźniej młodzi muszą dopiero dostać w de, jak warszawscy kupcy, żeby zacząć myśleć. Na przykład o tym, kto będzie musiał spłacać te wszystkie gigantyczne długi, które Tusk zaciąga na prawo i lewo, aby zapewnić sobie zadowolenie wyborców „żyjących tu i teraz”.

    Łojezu, a to to już ciężko komentować. Paranoidalne pitolenie o złym rządzie na usługach wielkich korporacji. Żeby widzieć problem w gigantycznych długach nie trzeba wcale mieć takich paranoidalnych wizji, nie trzeba posiłkować się retoryką anty-establishmentowych hipisów z lat 70-tych. Czy bezrobocie wśród grupy określanej jako “absolwenci” jest duże? Jest, bardzo. Czy można powiedzieć z czystym sumieniem “to w całości wina rządu”? NIE! Chyba że za winę rządu uzna się niezrobienie wystarczającej ilości miejsc pracy (śmiech na sali), niewystarczające ułatwienia w zakładaniu firm (bez jaj, jakoś ludzie sobie radzą mimo wszystko – i nie, nie twierdzę że nic nie trzeba w tej kwestii robić), czy też niepokierowanie odpowiednio losem młodych ludzi (takoż śmiech – ale trochę smutny śmiech, bo może to by było jednak potrzebne…)

    Anegdotka na koniec mi się przypomniała (…)

    Tu pan Ziemkiewicz zupełnie już odszedł od meritum sprawy. Połączył w jednym artykule legalność akcji przeciw straganiarzom z KDT z wiarą w chęci i możliwości Platformy ku zmianom na lepsze dla elektoratu. Nie komentuję, bo nie widzę związku z tematem przewodnim, a także dlatego, że pan Ziemkiewicz robi to w wyjątkowo żenujący sposób – zamiast powiedzieć w czym jest problem, rzuca inwektywy. Ale czegoś innego się nie spodziewałem.

     
    • Zbigniew 'zibi' Jarosik 17:19 on 2011-05-29 Permalink | Reply

      Bo przykład KDT to przykład Polszy w miniaturze. Cwaniak to ten dobry, ten, co sobie radzi z omijaniem prawa. Ten, który próbuje egzekwować prawo – nawet nieżyciowe – to palant, pachołek komunistów/tusków/kaczystów/czarnych/zielonych/różowych/etc.

      Ludzie zapominają, że jeśli podejmują się nieposłuszeństwa obywatelskiego akceptują karę związaną z łamaniem prawa. To, co KDT zaprezentowało, to było zwykłe, chamskie łamanie prawa bez zgody na konsekwencje. Jak się prawo nie podoba, to starajmy się je zmienić, a nie łamać.

      Teren KDT to teren miasta. Upłynął termin końca umowy, miasto zażądało zwrotu terenu. IMHO mieli do tego pełne prawo. Jak komuś pożyczę auto, a on potem nie chce go zwrócić, to też wezmę niezbędne środki przymusu bezpośredniego i zadbam, aby auto do mnie wróciło.

      Tolerowanie samowolki stwarza groźne precedensy które są jak najbardziej sprzeczne z dobrem społecznym. Potem pojawiają głosy o niesprawiedliwościach społecznych, że jemu było wolno, że tamtemu dano, a tamtemu nie odebrano, a mnie jest gorzej. I gdzie tu równość wobec prawa?

      …i nadal uważam, że Kurskiego powinni byli ostrzelać w tym konwoju.

      • Leszek Krupiński 07:48 on 2011-05-30 Permalink

        Smutne jest też w naszej retoryce politycznej to, że nie ma znaczenia, czy ktoś ma rację, czy nie – ważne jest, żeby dokopać oponentowi. Hanka wydała decyzję? To jedziemy po niej, że odbiera chleb pracującym polakom. Kaczyńscy obniżyli podatki? Wywołali kryzys. Dochodzi przy tym do takich kuriozów, że opozycja gremialnie głosuje razem przeciwko koalicji, przez co po pierwsze SLD obejmuje ten sam front, co PiS, a po drugie na przykład pan Arłukowicz, zmieniając partię, nagle dostaje olśnienia, i zmienia front o 180 stopni.

  • Leszek Krupiński 16:26 on 2011-05-21 Permalink | Reply  

    Mojito, pierwowzór drinku modżajtoModżajto (IPA [moʤaɪto]) – drink popularny wśród żeńskiej części miejskiego proletariatu, zwłaszcza z dużych miast. Stanowi on uproszczoną wersję drinku mojito, który jest dosyć trudny w wykonaniu, z mało powszechnych składników.

    Nazwa drinku pochodzi od nieprawidłowej, angielskiej interpretacji nazwy drinku mojito, którego nazwa to pochodzi z języka hiszpańskiego, i powinna być wymawiana [moˈxito]. Proletariat miejski, nieobeznany z obcymi językami poza łaciną podwórkową i angielski telewizyjny, błędnie zinterpretował kombinację znaków, co przełożyło się na nazwę drinku.

    Występujące w drinku mojito składniki zostały zamienione w następujący sposób (jeśli podane są dwa składniki alternatywne, składnik pierwszy jest uważany za szlachetniejszy, a drugi za ersatz):

    Składnik mojito Składnik modżajto
    Rum Wódka
    Cukier trzcinowy Biały cukier
    Mięta (1) Syrop miętowy, (2) Landrynki miętowe
    Limonki (1) Cytryny, (2) Kwasek cytrynowy
    Angostura pominięty
    Woda sodowa Kranówka
    Lód przy braku dostępności, pominięty

    Źródła

    1. “Słownik podwórkowy”, Jan Kowalski, Józef Nowak
    2. “Wywiad rzeka pod budką z piwem”, Siara, Kosa
     
  • Leszek Krupiński 17:18 on 2011-04-22 Permalink | Reply  

    Samiście sobie winni! 

    “– To pasażerowie odpowiadają za tłok w pociągach – mówi Cezary Grabarczyk, minister infrastruktury. – To oni podejmują decyzję o tym, jaki środek transportu wybrać i kiedy rozpocząć podróż – podkreślał minister w rozmowie z reporterem RMF FM.”

    Tak, ja rozumiem, że “pasażerowie podejmujący decyzję o podróży koleją w ostatniej chwili muszą liczyć się z tym, że w składach może zabraknąć miejsc”, i się z tym zgadzam (po części – jeśli dobrze wiadomo, że będzie tłok, to czemu nie podstawić więcej składów…? Oh wait… trzeba je mieć – podwójny kopniak dla PKP), ale stwierdzenie, że pasażerowie odpowiadają za tłok w pociągach jest szczytem bezczelności.

    Tak więc – pasażerze! Ty świnio! Nie rób tłoku w pociągach!

    Update/expansion. Tak jeszcze sobie pomyślałem – podstawianie więcej “bezmiejscówkowych” pociągów w sezonie o dużym natężeniu ruchu nie jest w interesie PKP. Pasażerowie i tak pojadą, tylko ściśnięci jak sardynki, więc po co dodatkowy pociąg, który nie da dodatkowych przychodów, a tylko zmniejszy te już istniejące. Dlatego byłbym za tym, żeby podstawić więcej pojazdów z opcją wykupienia miejscówki. Wtedy, jeśli ktoś będzie marudził, że mu ciasno, można powiedzieć “sam sobie wybrałeś bilet – w pośpiechu nie ma gwarancji miejsca, miałeś wybór”. No ale jako że tego wyboru nie ma…

     
  • Leszek Krupiński 13:23 on 2011-03-07 Permalink | Reply
    Tags:   

    U Poczty Polskiej bez zmian 

    Kolejne awizo – paczka z Hong Kongu. Kupowanie od nich z wysyłką kurierską jest bez sensu – za drogo. Po grudniowych przejściach miałem nadzieję, że 40-60-osobowe kolejki to efekt świąteczny, który się już skończył. Niestety nie. Znowu na bileciku wyskoczyła radosna liczba osób oczekujących: 45; z moich obserwacji wynika, że to jakaś godzina czekania w kolejce. Temat jest nie do przeskoczenia – nie mogę zamówić kurierem do pracy, nie mam też jak odebrać, jak łaskawie odwiedza mnie listonosz (bo jak znaczna większość Polaków, jestem w tych godzinach w pracy). A godzina czasu jest dla mnie dużą stratą – czy to odjęta z godzin pracy, czy z odpoczynku.

    Z czasów studenckich pamiętam, że osoba roznosząca ulotki zarabiała wtedy jakieś 8 zł za godzinę. Nie chce ktoś założyć interesu oferującego staczy w kolejce na poczcie? Dychę mogę zapłacić.

     
    • sziwan 14:17 on 2011-03-07 Permalink | Reply

      A pocztą do pracy czemu nie możesz?

      • Leszek Krupiński 14:21 on 2011-03-07 Permalink

        Ze względu na specyfikę mojego zakładu pracy, by to wymagało przejścia paczki przez kancelarie różne, a nie wiem jak by zareagowali tam na paczkę z Chin :)

    • PW 12:11 on 2011-03-16 Permalink | Reply

      Zawsze możesz w takich sytuacjach zamówić na żonę ;)

      • PW 12:12 on 2011-03-16 Permalink

        Tzn chodziło mi o kuriera, jak nie możesz być w pracy.

  • Leszek Krupiński 22:30 on 2011-03-06 Permalink | Reply
    Tags: kino   

    W kinie bywam dosyć regularnie Może nie jest… 

    W kinie bywam dosyć regularnie. Może nie jest to raz w tygodniu, ale też nie raz na rok. Wczoraj byłem po raz kolejny, i wyjście to skłoniło mnie do pewnej refleksji – nie na temat filmu (Czarny Łabędź jest super, tak na marginesie), ale na temat współobywateli w kinie.

    Ostatnie dwa filmy, na których byłem (i po części trzecie wyjście – musical) miały dosyć specyficzną widownię – “Jak zostać królem” i “Czarny Łabędź” to nie są filmy dla masówki, w stylu “Chyba może jednak jutro na pewno” czy “Jak się pozbyć rozstępów” (pomimo że “Jak zostać królem” był w Polsce reklamowany jako film, który “rozbawi do łez”). Większość ludzi wchodzących do sali kinowej była w wieku konkretniejszym (>30), zapewne świadomych tego, na jaki film idą. Mi osobiście to się spodobało – że nie będzie gadania, popcornu i głupkowatego śmiechu. Oj jak się myliłem… Ale to tylko część problemów i ciekawych obserwacji.

    Cokolwiek by mówić o szeroko określonej “młodzieży”, oni przynajmniej wiedzą jak wyłączyć/wyciszyć telefon (czy to robią to inna kwestia). Natomiast w kinie pani siedząca obok mnie przez pierwsze 5 minut filmu walczyła z komórką, która wydawała dziwne odgłosy – nie wiem czy ktoś do niej aktualnie dzwonił, czy pani wciskała co nie trzeba, efekt był irytujący. Inna pani trzymała komórkę cały czas w ręku, co jakiś czas świecąc po oczach jak ktoś dzwonił, a przez ostatnie 20 minut sprawdzając co chwilę aktualną godzinę (pewnie ostatni autobus odjeżdżał).

    Chichoty czy głośne wybuchy śmiechu to nie jest wyłącznie domena rozbawionego towarzystwa karków i wydekoltowanych blondynek – grupa wytapirowanych pań w wieku lat około pięćdziesięciu potrafi być równie męczące. Rozkoszna grupka wchodzi w ostatnim momencie, wydziera się, rozrzuca popcorn i ogólnie zajmuje otoczenie swoją zbiorową osobą.

    Oglądanie konkretnie “Czarnego Łabędzia” ukazało rzecz międzypokoleniową. W filmie jest kilka scen erotycznych – homoerotycznych, heteroerotycznych, autoerotycznych – i przy większości z nich słychać było głupie chichoty, dobiegające zarówno od państwa po 40-tce siedzących obok, jak i grupy późnomłodzieżowej, której lokalizację poznała cała sala po głośnych rykach jeszcze przed rozpoczęciem seansu. Ciekawy fakt, że wspólnota pokolenia >40 i <25 to kiepskie przyjmowanie kwestii seksualnych.

    Drobne rzeczy jak np. to, że niby schludny pan roztacza woń parszywą, już nawet pomijam, bo to nie jest ani wyjątkowe dla miejsca, ani dla grupy wiekowej. Kultura popcornu też już nie wzbudza we mnie ekscytacji – najwyraźniej statystyczny człowiek nie jest w stanie wytrzymać bez kłapania paszczą 1,5h, takoż bez wypicia 1L napoju gazowanego (1L to średni napój według norm kinowych). A, no i tutaj jeszcze jedna rzecz – na filmach z młodszą widownią jest mniej biegania w trakcie filmu do toalety.

    Na zakończenie – rozmowa (B)lond wydekoltowanej paniusi ze swoim (K)arkiem:

    (B) I jak, podobało ci się? Bo mi bardzo!

    (K) E tam, nuda. Połowę przespałem.

    Ciekawe po co na ten film poszli – może ten film też jakoś mądrze u nas reklamowali.

     
    • wpk 00:19 on 2011-03-07 Permalink | Reply

      Czyli nie jestem jedynym dla którego telewizyjna promocja ‘Jak zostać królem’ pokazywała ten film conajmniej jak ‘To nie tak jak przedwczoraj cellulicie’?

      • Leszek Krupiński 07:55 on 2011-03-07 Permalink

        Yup. Nie wiem jakie były zamierzenia twórców tej reklamy, ale zapewne doprowadziła do masowego niezadowolenia z filmu.

    • kacper 19:46 on 2011-03-07 Permalink | Reply

      Hm, to może spróbuj chodzić do mniejszych kin, a nie multipleksów? W kinach studyjnych raczej jest większa kultura. Ewentualnie na ostatnie seanse — jest najmniej ludzi i można skupić się na oglądaniu.

c
compose new post
j
next post/next comment
k
previous post/previous comment
r
reply
e
edit
o
show/hide comments
t
go to top
l
go to login
h
show/hide help
shift + esc
cancel