Joined at the soul
With a pair of headphones
We need nobody to let ourselfs go
Always at my side
As we rock at the stage show.
In an ocean of music, we move with the flow
Hand in my hand, I don’t wanna let go
A partner in life on this mean old road
We got the wind on our backs that blows,
We can’t drift apart we just move with the flow…It started with a chat with the lips,
But why is it so im intrigued?
Does my heart understand, do its feelings exist,
Fit in with all my beliefs,
I’m not as strong as i’d like to believe,
An impulse i can not control,
My feelings are something I thought I could leave,
To keep and come back as a wholeIt’s inevitable and understandable that my body feels this way,
I feel no inhibitions yet the contradictions of my feelings lead me astray,
Well i understand that i cannot deny my
Human instinct that lies inside
Kupieckie Domy Towarowe to bardzo ciekawe zjawisko. Powstały jako kontynuacja eksplozji przedsiębiorczości z początku lat 90-tych, czyli łóżek polowych i “szczęk” rozstawionych na placu Defilad, ścisłym centrum Warszawy. Kilka lat później, w 2001 roku, ówczesny prezydent Warszawy Paweł Piskorski oddał stowarzyszeniu kupców teren pod targowiskiem w dzierżawę, i na tym terenie powstały hale KDT – i oczywiście zostało to okrzyknięte sukcesem współpracy samorządowców ze społeczeństwem. Lech Kaczyński, w czasie swojej kadencji na stanowisku prezydenta Warszawy, bez żadnej dyskusji przedłużył dzierżawę. Ale wszyscy wiedzieli, że taka blaszana buda w środku dwumilionowego miasta stać nie może.
Jako że jest to blog prywatny a nie telewizja z misją, nie będę ukrywał mojego nastawienia do całej sprawy. Nie będę ukrywał, że łamanie prawa powinno być odpowiednio ukarane.
Piotr Piotrowski, nowy dyrektor Muzeum Narodowego w Warszawie, planuje same zmiany.
Muzeum nie jest instytucją, która ma generować kulturalny spokój. Chciałbym, żeby Muzeum Narodowe było bardziej widoczne i zauważalne. Koniec z wystawami dla masowego widza, czas na awangardę i nieznanych artystów
Ja tam jestem jakiś dziwny, ale Muzeum Narodowe kojarzy mi się z kanonami sztuki, tak jak Luwr czy Ermitaż. Pan Piotrowski jednak przekonuje:
Muzeum nie jest instytucją, która ma generować kulturalny spokój. To raczej właściwość innych mediów: głównie rozrywkowych takich jak telewizja.
Może to problemy na puncie styku człowiek<->artysta, bo ja, od czasu do czasu oglądając telewizję, to kulturalnego spokoju tam nie widzę. Widzę za to Jolę z Dodą na łyżwach – może to jest spokój przy awangardzie, którą pan Piotrowski wprowadzi do Muzeum?
A może po prostu się nie znam
Gdy zaczęły się napisy kończące film Watchmen, myślałem sobie “fajny film” i liczyłem na emocjonującą wymianę opinii z współoglądaczami na temat najlepszych scen filmu. Popatrzyłem jednak na twarze reszty ekipy i okazało się, że tylko ja byłem tak pozytywnie nastawiony do filmu. W związku z tym zacząłem się zastanawiać – co było w tym filmie nie tak?
Może na początek zaznaczę, że mam do filmów podejście realistyczne. Jeśli idę do kina na głupią komedię to nie marudzę później, że było dużo żartów o puszczaniu bąków, a idąc na film akcji nie dziwię się, że główny bohater pokonał już trzydziestego karatekę mafii. Tak samo tutaj – wiedziałem, że jest to ekranizacja komiksu, a one rządzą się specyficznymi prawami.
Zacznę od tego co mi się podobało – bo nad tym nie musiałem się zastanawiać. Na pewno podobały mi się realia. W filmie świetnie odtworzono lata 80-te, i bardzo ciekawie wprowadzono do nich pewne zmiany, tworząc alternatywną historię: nie było afery Watergate, przez co Nixon nie został odsunięty od władzy i był wybrany na kolejną kadencję, USA w Wietnamie zwyciężyło, a zimna wojna zamiast wygasać – zaostrza się, co stanowi oś wydarzeń filmu. W klimat owego świata niesamowicie wprowadza sekwencja tytułowa – sceny z życia superbohaterów, wydarzenia historyczne, a także ich połączenia – absolutnie rozłożył mnie urywek pokazujący moment robienia jednego z najsłynniejszych zdjęć, zrobionego po kapitulacji Japonii na koniec drugiej wojny światowej, gdzie zamiast marynarza pielęgniarkę całuje superbohaterka.
Klimat filmu jest dodatkowo budowany przez muzykę. Utwory Hendrixa, Dylana czy Joplin świetnie podkreślają wydarzenia pokazywane na ekranie. Widać też, że twórcy filmu także dobierając piosenki celowali w te z okolic czasowych akcji, a także chcieli nawiązywać do dzieł kultury (np. Cwał Walkirii w scenach z Wietnamu).
Nie można też nie wspomnieć o efektach specjalnych, do których nie można się przyczepić. Oczywiście robią wrażenie, ale nie są nachalne. Ilustrują wydarzenia, ale nie są celem samym w sobie. Tutaj wielki plus.
Scenariusz… cóż, tu już trochę gorzej. Nie czytałem (jeszcze) komiksu, więc nie mogę stwierdzić w jakim stopniu odpowiada pierwowzorowi, czy jest lepszy czy gorszy. Sama historia jest (żadna niespodzianka) komiksowa i dosyć banalna, aczkolwiek zakończenie już takie nie jest. Aczkolwiek banalność osi wydarzeń dotarła do mnie dopiero po chwili przemyśleń – inne elementy filmu dobrze nadrabiają braki, a nawet więcej – sprawiają, że film wciąga. Ale o tych elementach zaraz.
Fabuła jest mocno nieliniowa. Akcja jest przerywana wspomnieniami, retrospekcjami czy przemyśleniami bohaterów. Sam fakt ich przedstawienia przypadł mi do gustu, bo zawsze ciekawią mnie losy bohaterów “przed” lub “po”, ale mocno spowalniają bieg wydarzeń.
Teraz o wspomnianych wcześniej “elementach”. O filmie było wiadomo wcześniej, że nie jest typowym filmem o superbohaterach. Tutaj herosi nie są cudami bez zmazy i skazy. Mają swoje problemy, swoją przeszłość (zazwyczaj trudną), i oglądając film często ma się wrażenie, że Strażnicy generują więcej problemów niż likwidują. Ale przez to są ciekawi. Postacie z różnymi odcieniami szarości potrafią zaskoczyć człowieka, w przeciwieństwie do Supermena, który zawsze wiadomo co zrobi.
Z minusów filmu – na pewno drażniły mnie niektóre sceny, ewidentnie niepasujące do reszty filmu. Moim zdaniem całkiem zbędne było zbyt dosłowne pokazywanie przysłowiowych “flaków”. W 99% filmu wystarczyło pokazać np. krew wypływającą spod drzwi, a w jednej czy dwóch scenach widać wszystko ze szczegółami – można było sobie to darować. Podobnie z “golizną” – sceny pozostawiały bardzo niewiele wyobraźni.
Zastanawiałem się co jeszcze mogło się moim znajomym nie podobać, ale podejrzewam że nie spodobała im się fabuła i to przyćmiło resztę filmu.
Konwencję komiksową można akceptować lub nie, ale tak jak wspomniałem na początku, idąc do kina na ekranizację komiksu można się spodziewać cudów techniki wyprzedzających swój czas, niepokonanych siłaczy, dziwnie wyglądających stworzeń i wypadków w czasie przeprowadzania eksperymentów, które to eksperymenty dają nadludzką moc. Jeśli ktoś tego “nie trawi”, to “Watchmen” raczej można sobie odpuścić. Ale jeśli się to choćby toleruje, to film można obejrzeć choćby dla przekonania się jaki alternatywny świat stworzyli scenarzyści.
(Tekst opublikowany w serwisie Filmaster na licencji CC-BY-2.5)
Kolejny z postów z serii “Poszukuję smartfonu dla siebie”, tym razem z bonusową wartością nostalgiczną.
W wojnie o tytuł “iPhone killera”, który różne techblogi i podobne serwisy chcą przyznać każdemu nowemu smartfonowi, pojawił się nowy gracz. Palm, firma znana, aczkolwiek od pewnego czasu “w uśpieniu”, na targach CES zaprezentowała swoje nowe dzieło: telefon Palm Pre.
Zanim napiszę co to Pre i czemu ma szansę być fajne, trochę wspomnień. O firmie Palm słyszałem jeszcze w czasach, kiedy o Internecie w domu można było pomarzyć. Ich “małe komputerki” robiły wrażenie. Po jakimś czasie i ja kupiłem sobie PDA tej firmy – był to model Tungsten|T sprowadzany z USA (można je było kupić legalnie w Polsce, ale w Stanach były sporo tańsze, a korzystając z uprzejmości kolegi zaoszczędziłem jeszcze na przesyłce). Byłem zachwycony. Tungsten był szybki, prosty w obsłudze, a w Internecie można było znaleźć olbrzymią ilość darmowych programów. Miał jednak swoje minusy: system operacyjny PalmOS nie był wielozadaniowy – we wcześniejszych wersjach możliwe było jedynie przełączanie między programami uruchamianymi “w miejscu” (system nie rozróżniał RAMu i systemu plików, więc w uproszczeniu można było powiedzieć, że wszystkie programy były “uruchomione” na raz) – później, wraz z wprowadzeniem obsługi kart pamięci, zostało to zmienione, ale w dalszym ciągu programy funkcjonowały tak, jakby cały czas były uruchomione.
Czasy się zmieniały, PalmOS – nie. To, co kiedyś było zachęcającą prostotą, później stało się kulą u nogi. A konkurencja nie spała. Słaby sprzęt z czasem został unowocześniony i przestał być obciążeniem dla PDA z systemem Windows CE (później Windows Mobile), powstały nowe programy, PDA zaczęły mieć WiFi, GPSy… A Palmy nie. Zamiast iść do przodu – w pewnym palmofonie postanowiono nawet wykorzystać starszy procesor i system operacyjny, aby urządzenie mogło dłużej pracować na baterii.
Po latach niebytu Palm powraca, oferując nam (na razie wirtualnie) nowoczesne urządzenie, mające wszystko czego by można było oczekiwać (WiFi, GPS, pełny Bluetooth, 8GB wbudowanej pamięci, aparat 3Mpix), z nowym, nastawionym na sieć systemem operacyjnym, klawiaturą QWERTY i ciekawymi rozwiązaniami w kwestii UI (więcej na ten temat można poczytać na Engadget). webOS, bo tak się nazywa nowy system, pozwoli na pisanie programów w technologii znanej webdeveloperom (Javascript, HTML, CSS, XML), przez co można się spodziewać szybkiego powstania bazy programów.
Jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się porównania Pre z iPhone i G1, np. na Gizmodo, w którym to pomimo wyraźnie subiektywnego charakteru tego porównania (np. w kategorii “Sprzętowa klawiatura” wygrał iPhone, który klawiatury sprzętowej nie posiada) i w zasadzie pominięcia G1 w większości punktów, Pre prezentuje się bardzo mocno.
Telefon pojawi się w sprzedaży dopiero w drugim kwartale tego roku, więc jeszcze dużo czekania przed nami.
Z kolei osoba która już widziała następce G1 twierdzi, że nowy telefon z Androidem przebije Pre – zapowiada to ciekawą sytuację, jako że oba telefony mają wejść na rynek w tym samym czasie. Pożyjemy zobaczymy – znając produkty Palma, daję tej firmie trochę kredytu zaufania.
Ten post i tak chciałem napisać, ale teraz do jego napisania zmotywował mnie wpis lRema pt. “Kościół się nie zmienia?”, więc do pewnego stopnia jest to polemika z Jego notką.
lRem pisze o zmianach w sposobie celebrowania mszy czy dopuszczeniu osób świeckich do obrządku, co dla mnie jest mało istotne. Istotny dla mnie jest światopogląd, który najwyraźniej nie ma ochoty się zmienić.
Święta Bożego Narodzenia spędziłem u “teściów to-be” i tam też byłem w kościele na pasterce. Liczyłem, że ksiądz będzie mówił, że Bóg się narodził, że to powód do radości, żeby się dzielić tą dobrą nowiną itp. Jakże się myliłem…
Poczułem się jakbym był w średniowieczu, kiedy to Kościół, w celu umotywowania ściągania kasy, utrzymania władzy i kontroli nad ciemnym ludem, straszył motłoch piekłem. W pasterkowym kazaniu ksiądz może piekłem nie straszył, ale za to mogłem posłuchać jak to ludziom jest źle. Zaczął od kryzysu. Kryzys skierował jego myśli ku emigracji zarobkowej, co powoduje złe warunki wychowania dzieci pozostających w kraju. A jak źle w kraju – to zaczął opowiadać o tych co biją dzieci, piją. Co robią piekło (tak dokładnie powiedział) nawet w dniu wigilii Bożego Narodzenia. A czemu to wszystko? Bo nie przystępują do komunii! I tak oto ksiądz przekazał nam rozwiązanie wszystkich problemów świata.
Rozumiem, że ksiądz musi zachęcać jakoś ludzi do przychodzenia do kościoła. Ale czemu w ten sposób? Nie wiem jak to wygląda w reszcie świata, ale jestem skłonny uznać, że to nasza narodowa tradycja, bo przecież każda kampania społeczna też jest realizowana poprzez wywołanie strachu czy wyrzutów sumienia. No i moment na straszenie też – moim zdaniem – niezbyt szczęśliwy.
Może to był tylko ewenement? Zapewne. Nie chcę generalizować. Ale takie przypadki jak ten wyżej opisany nie powinny się zdarzać.
Firmy rozdają różne prezenty. Od długopisów, przez smycze, podkładki pod myszy, alkohole tańsze i droższe, po ekskluzywne krawaty i pióra. Wydawało by się, że wszystkie te produkty te służą poprawieniu wizerunku firmy, reklamie, reprezentacji. Ale według urzędów skarbowych tak nie jest. Drobne upominki, według urzędów, nie służą reprezentacji firmy, więc mogą zostać wliczone do kosztów działania firmy, natomiast prezentów droższych odliczyć się nie da, ponieważ ich zakup został zakwalifikowany jako koszty reprezentacyjne.
Pominę fakt nielogicznej dla mnie sytuacji, gdzie koszty (!) reprezentacyjne kosztami nie są. Nieco bawi (choć może nie powinno) mnie arbitralność osądów co jest ekskluzywne a co nie jest. Totalnie za to nie rozumiem różnicy w poniższych dwóch fragmentach uzasadnienia takiej sytuacji:
“(…) działania spółki polegające na przekazywaniu gadżetów firmowych, w postaci długopisów, piór, smyczy, kalendarzy, czapek, portfeli, latarek itp., opatrzonych logo spółki, przeznaczonych do nieodpłatnego rozprowadzenia na spotkaniach wśród kontrahentów i kooperantów, spełniają funkcję reklamową, gdyż zmierzają do zwiększenia rozpoznawalności firmy na rynku, poznania cech jakościowych oferowanych wyrobów, ich zalet technicznych, co w efekcie wpływa na zwiększenie zainteresowania oferowanymi towarami, a także zachęca do współpracy i tym samym może wpływać na zwiększenie przychodów”
“(…) wręczanie eleganckich i wartościowych upominków tylko wybranym kontrahentom (potencjalnym kontrahentom) ma na celu stworzenie dobrego wizerunku firmy, który spowoduje pozytywne postrzeganie przedsiębiorcy. Takie zachowanie nosi więc znamiona działań reprezentacyjnych i w takiej sytuacji wydatki na ten cel nie będą stanowiły kosztu uzyskania przychodu”
Ja wiem, że urzędy skarbowe pracują na innej płaszczyźnie mentalnej i to co jest logiczne dla nich dla normalnych ludzi już takie być nie musi, ale to już chyba lekkie przegięcie. Powyższe cytaty pochodzą z decyzji dwóch różnych izb skarbowych; podając identyczne uzasadnienia dochodzą do przeciwnych wniosków. Biedni są księgowi, którzy przeprowadzając się zmieniają województwo – wszystkiego muszą się uczyć od nowa…
Źródło: Rzeczpospolita, wybór cytatów: Sziwan
Pewna para z New Jersey chciała zamówić tort urodzinowy z imieniem swojego dziecka. Sklep odmówił. Dlaczego? Bo dziecko nazywa się Adolf Hitler Campbell.
Chłopiec został tak nazwany, bo, jak twierdzą rodzice, “z pewnością nikt inny na świecie nie ma takiego imienia”. Pominę moralizatorskie teksty w stylu “jak można nazwać dziecko mianem największego zbrodniarza XX wieku”, ale można było się spodziewać, że dziecko będzie miało niemałe kłopoty w życiu przez świetny pomysł jego rodziców – aczkolwiek podobno ojciec małego Adolfa jest zaskoczony zamieszaniem wokół jego syna.
Rodzice oczywiście bronią swojego pomysłu – “To przecież nie znaczy, że mały jak dorośnie zrobi to co on (Hitler) zrobił”, “Imię to tylko imię” itp. – ale skoro to “to tylko imię”, to czemu tak silili się na oryginalność?
Mam wrażenie, wcale nie odosobnione, że ludzie tak bardzo starają się być oryginalni, że staje się to celem samym w sobie, bez zwracania uwagi na wszelkie konsekwencje tej oryginalności. Tata Adolfa mówi “ludzie muszą zaakceptować to imię”, a ja ironicznie odpowiem “ta, jasne, przecież ludzkość znana jest z powszechnej akceptacji”. Samemu ubierając się w dziwne ciuchy, stawiając irokeza i malując go na różowo człowiek jest w pewien sposób świadom konsekwencji, ale skazywać dziecko na życie będąc wytykanym palcami przynajmniej do 18-go roku życia…?
Dodam jeszcze, że rodzice dziecka mają bogate doświadczenie w kwestii nonkonformistycznych pomysłów: córkę nazwali JoyceLynn Aryan Nation, a dwa lata temu chcieli zamówić tort ze swastyką (wiem, można argumentować że to starohinduski symbol, ale przykład nadania dziecku imienia Adolf Hitler pokazuje, że raczej o to nie chodziło).
Żeby nie było – jak ludzie chcą być oryginalni, to proszę bardzo. Jeśli czują się dobrze w skórze i łańcuchach – good for them. Jeśli ludzie ubierają się w ciuchy które ewidentnie nie pasują do ich figury – dzięki, poczuję się trochę lepszy względem gustu i krytycznego spojrzenia na własne ułomności. Ale epatowania swoją oryginalnością nie trawię, zwłaszcza jeśli wchodzi w grę przekładanie swoich ambicji na inne osoby.
Źródło: Yahoo
Zadyma w Grecji – wywiad z chuliganem
3 Comments Published December 10th, 2008 in Polityka, Przegląd prasyWywiad z chuliganem (jak w Tytusie). Bez komentarza.
K: Thanking for speaking to me today. Can you tell me why you’re rioting?
A: I am not satisfied with life.
K: Can you be more specific?
A: Well, I’m in school now and the school isn’t very good. I’m not learning anything, and when I get out of school, I don’t think there is any job for me.
K: Do you know what you want to do?
A: Not really.
K: Then how do you know there’s no job for you?
A: This is what I hear.
K: Do your parents know you are out here rioting?
A: Yes.
K: And what do they think about that?
A: Well, they must be OK with it because they did not stop me.
K: What do they do for work?
A: My mother is a housewife, and my father owns his own business.
K: Then he does OK.
A: Yes, he actually has two stores. One in Halandri and the other in Glyfada.
K: Those are good areas of Athens. Do you live in Halandri or Glyfada?
A: We live in Halandri, but we also have a house on Crete. The house in Glyfada is rented to other people.
K: It sounds like your father has done well.
A: Generally, yes.
K: How would you feel if someone broke, burned and stole from one of your dad’s shops?
A: Well, I would be mad because it belongs to us. It’s our property, and it’s how my dad takes money for us.
K: Do you realize you’re doing the same thing to people just like your dad?
A: But I’m not.
K: But you are. These smashed shops and burned buildings hurt people just like your father.
A: It’s not the same.
K: It is exactly the same thing.
A: Even if it was, I still have good reason.
K: And what reason is that?
A: I told you, I’m mad about the death of Alexi and I’m mad about the problems from the government.
K: Actually, this is the first you mentioned Alexi. Did you know him?
A: No, but it could have been me.
K: What if it turns out the police officer is innocent?
A: It doesn’t matter. I’m mad and frustrated about other things.
K: And you don’t think what you’re doing is wrong?
A: No, because I want justice and I want a better future.
K: But can’t you see you’re just doing more harm and making the problem worse instead of better?
A: No. What I’m doing is the right thing.
K: And where did you learn wrong from right?
A: My parents.
K: The same people who let you go out rioting?
A: Yes.
K: Interesting. Have you ever heard the quote: “In democracy, people get the government they deserve.”
A: No. What does that mean?
K: It means that you deserve the government (no matter how good or bad) because you voted for them and keep them in power. Do you feel you deserve this government?
A: No, I feel I deserve something better.
K: And what will you do to be worthy of something better?
A: I don’t need to do anything; it’s my right. I deserve the best no matter what I do.
K: Even if you destroy other people’s property? That’s a crime.
A: This is my right.
K: How do you figure that?
A: Protesting is my right.
K: I agree with that, but what you’re doing is not just protesting. It’s violence.
A: That’s the thing about Greece. It’s free, and I’m free to do what I want.
K: But you are taking freedom away from others.
A: No, I’m fighting for other people too.
K: Did you ask them what they wanted, and did they ask you to represent them?
A: Not exactly.
K: Do you consider yourself an anarchist?
A: Yes.
K: Do you know what anarchy means?
A: Yes, it means someone who questions authority.
K: Actually, that’s not what it means. It means the state of lawlessness, disorder and freedom due to an absence of government authority.
A: Yes, same thing.
K: No, they’re very different. I agree that the Greek government has done little if anything to draft real policies, and there is a general lawlessness and disorder from lack of enforcement. But the violent rioting has just made a bad situation worse. So how is this a good change?
A: It will force them to do something.
K: Really? Have you made demands?
A: No.
K: What must the government do to satisfy you enough to stop rioting? Do you have solutions?
A: Not exactly.
K: Are you aware that if the government does something, they will take away some of your freedom?
A: Not if they do the right things. If they raise salaries, that will give us more money and more money is more freedom.
K: Yes, but that money has to come from somewhere; and that means less tax dodging, coming down on people who pay bribes, and stopping illegal practices. More enforcement and more rules mean less freedom. You say you’re rioting because the government has to change; but you also say you are an anarchist, and anarchy is the absence of government. That doesn’t fit.
A: I’m free to do what I want, I told you. I’m also sick of the high costs and low salaries.
K: How do you know about salaries, do you work? I thought you were a student and are getting money from your parents.
A: I don’t work, but I hear about the salaries.
K: And how do you know about costs if your dad pays for everything?
A: I know.
K: I know very well that cost of living is high, salaries are not good, and unemployment is getting higher. But are you aware that women and immigrants have it much worse than you? And yet, you do not see them causing riots.
A: Immigrants have no right to complain. They chose to come here, and if they don’t like it they can go home. I have a right to burn down my country if I want; it’s my country.
K: People like me are immigrants who work here, and my money pays for your education. So what you’re saying is it’s OK if you use my money, but I can’t complain and you can destroy the country we both live in.
A: Yes, and if you don’t like it. You can go back to America.
K: OK then. Thank you for talking to me today. Is there anything else you’d like to say?
A: Yes, keep up the fight!
W moich poszukiwaniach idealnej komórki, po wstępnym przemysleniu kwestii iPhone/Android, z odsieczą biegnie Nokia. Dopiero co ogłoszony model N97 może spełniać moje wymagania – wygląda dosyć zgrabnie, ma klawiaturę QWERTY, ma ekran dotykowy, OSem nie jest Windows, ma GPS (zabawka, ale czasem przydatna)… Jeszcze nie mam żadnych doświadczeń z Symbianem, słyszałem narzekania użytkowników na jego prędkość, ale w tym momencie, bez first-hand experience, nie będę nic przesądzał. Problemem może być cena – na ten moment przewidywana ilość pieniędzy jaką trzeba będzie wyłożyć na N97 to 550 Euro. Złotówka teraz kiepsko stoi, więc to mało atrakcyjna wizja. Nowy model ma być w sklepach na początku przyszłego roku, podobnie jak G1 w Europie – wtedy można będzie bardziej bezpośrednio porównać te telefony.
Ostatnio trochę doprecyzowałem do czego, oprócz dzwonienia i SMSowania, bym chciał używać komórki – przede wszystkim do wygodnego awaryjnego internetowania (WWW, email). Do tego celu istotny jest duży wyświetlacz, przydaje się też mazianie paluchami po ekranie (zabawa w scroll/zoom guziczkami jest męcząca). Korzystam też czasem z Google Maps przez Java’owego klienta. Chciałbym też ostatecznie rozwiązać problem synchronizacji kontaktów (w tym momencie mam telefon SE, synchronizowany z Outlookiem via fMA, co sprowadza się do nadpisywania kontaktów w jedną albo drugą stronę).
Na koniec specyfikacja N97 i film demonstracyjny:
- 3.5 inch 16:9 640×360 pixels resolution display
- Integrated 3G wireless radio
- Integrated 802.11 b/g WiFi
- Integrated Bluetooth 2.0
- Integrated GPS receiver with A-GPS support
- 5 megapixel camera with Carl Zeiss optics
- 32GB onboard flash memory with microSD for adding 16GB more
- 3.5mm headset jack
- microUSB port used for both syncing and charging
- Haptic feedback
- 1500 mAh battery
Search Blog |
Categories
|
Latest Posts
|
||

