Posts Mentioning RSS Toggle Comment Threads | Keyboard Shortcuts

  • Leszek Krupiński 21:37 on 2009-11-24 Permalink | Reply  

    Ile watów zjada komputer? 

    Kupując “klocki” na mój aktualny komputer w styczniu tego roku po raz pierwszy przyszło mi spędzić dużo czasu na wyborze zasilacza – do tej pory była zasada jak w PRLu: idzie się do sklepu, mówi “poproszę zasilacz”, czasem nawet można było wybrać markę, ale na tym sprawa się kończyła. Tym razem było inaczej. Nie wiem czy przypadkiem nie zastanawiałem się najdłużej właśnie nad tym elementem – bo po prostu najmniej na ten temat wiedziałem. Na rynku pojawiło się wiele nowym firm, modeli, a rozpiętość mocy oferowanej przez zasilacze zrobiła się kosmiczna – od 250 do ponad 1000 watów. No i teraz pytanie – co kupić? Chciałem mieć dwa dyski w RAIDzie, dosyć mocną kartę graficzną, spory wiatrak na procesorze – niby dużo, ale nie jestem overclockerem, komponenty standardowe, więc nie powinny “aż tak” dużo prądu zużywać. Tylko to burzyło wszelkie informacje które widziałem w internecie – jeśli komputer do biura to X, a do ekstremalnego gierczenia to Y. Poszedłem drogą złotego środka, i kupiłem zasilacz 550-watowy.

    miernikCzy 550W to za mało na mój komputer? Czy “udźwignie” dodatkową kartę graficzną, jeśli bym miał fantazję podłączyć trzeci monitor? Żeby się przekonać, a także żeby przeprowadzić jeden drobny test (o którym później), kupiłem watomierz – jeden z wielu dostępnych na Allegro. Może nie najtańszy, ale firmy o której coś jednak słyszałem. Efekty sprawdzania były ciekawe. “W stresie”, czyli pracując pod obciążeniem, komputer (sama jednostka centralna) zużywał 170-175W, a nudząc się – ok. 135W. Moja płyta główna, Gigabyte GA-EP45-DS3R, zawiera technologię “Dynamicznego Oszczędzania Energii DES Advanced w systemie 6-trybowym”, co ogólnie oznacza, że komponenty które aktualnie nie są obciążone dostają mniej prądu – co najprawdopodobniej powoduje dużą rozbieżność między zużyciem energii w czasie obciążenia i luzu (ale nie mam porównania, więc może wszystkie komputery tak mają). Jak widać, zasilacz ma jeszcze duży zapas mocy, więc mogę spać spokojnie.

    Eksperyment, o którym wspomniałem wcześniej, polegał na sprawdzeniu ile prądu zużywa komputer w trybie wstrzymania – takiego, z którym zetknąłem się w desktopach dosyć niedawno. Notebooki “od zawsze” wygaszały się całkowicie, podtrzymując jedynie RAM, natomiast desktopy do niedawna niby przechodziły w stan wstrzymania, ale ograniczało się to do wyłączenia monitora i zatrzymania dysków twardych. Dopiero “niedawno” (szczerze – nie mam pojęcia kiedy to się stało; mój poprzedni komputer wytrzymał 6 lat – wiem, wyczyn, ale to temat na osobną historię – a jeszcze czegoś takiego nie miał, dopiero w którymś z moich komputerów służbowych zaobserwowałem tą technologię) komputery biurkowe wchodzą w pełne wstrzymanie. Ciekawiło mnie jednak ile prądu zużywa taki wstrzymany komputer – czy nie jest zbytnim marnotrawstwem na przykład zostawienie takiego uśpionego komputera na noc czy kilka godzin jak musimy wyskoczyć “na miasto”.

    Wskazanie watomierza bardzo mnie usatysfakcjonowało – wstrzymany komputer zużywał poniżej jednego wata (konkretnie ile nie wiem, bo miernik pokazuje zero dla wartości mniejszych od jedynki). Teraz spokojnie mogę zostawiać śpiący komputer udając się na spoczynek.

     
    • Heavenly 21:41 on 2009-11-24 Permalink | Reply

      Robiłem takie pomiary dla pewnego serwera który kilka lat temu zbudowałem do celów domowych, w oparciu o Compaq Deskpro EN. Wywaliłem mu zbędne elementy, pracował bez monitora i klawiatury – w trybie ciągłej pracy częstował się maksymalnie 40W. Czyli jak na domowy serwer – wyśmienicie. Nie ma sensu do takiej maszyny pakować PIV czy innego Core Duo, bo i tak nie wykorzysta się jego mocy.

    • Leszek Krupiński 21:50 on 2009-11-24 Permalink | Reply

      Też ładnie. Muszę sprawdzić ile połyka mój domowy serwerek, oparty na Compaq EVO (coś takiego http://is.gd/52P2V ) – na razie ma ponad rok uptime’u, więc nie będę go wyłączał, ale rodzice dostali taki sam na word-internet, więc tam sprawdzę :)

    • sziwan 18:31 on 2009-11-25 Permalink | Reply

      Różnicę rzędu 35-40 W pomiędzy idle a obciążeniem masz prawdopodobnie na samym procesorze, choć możliwe że karta graficzna się minimalnie dokłada. Praktycznie każda część komputera ma teraz możliwość takiego czy innego oszczędzania energii, ale bardzo rzadko jest to poprawnie zaimplementowane w systemie czy w sterownikach (poza CPU i kartą właśnie, a i to bardziej z powodów ochrony przed przegrzaniem). Spadek zużycia o 20% to raczej kiepski wynik :)

      ATSD, standby, suspend to RAM i hibernacja w stacjonarkach obecne są od dawna i powinny działać poprawnie na każdym komputerze wyprodukowanym po 2002 r. Miałem desktopa Fujitsu-Siemens z P3 na chipsecie i815 (2000 r.?) na którym to działało :)

    • Leszek Krupiński 00:20 on 2009-12-03 Permalink | Reply

      Oczywiście że ta różnica zużycia prądu to sam procesor – w testach “stresowych” obciążałem tylko CPU :) Może kiedyś zrobię obciążenie całościowe (czyt. odpalę jakąś gierkę), ale na razie nie czuję potrzeby.

      Co do reszty – hibernacja oczywiście działała mi wcześniej, ale suspend to RAM był “udawany”, tak jak napisałem wyżej. Nie wiem z czym się to wiązało.

  • Leszek Krupiński 14:24 on 2009-01-12 Permalink | Reply  

    Palm kontratakuje 

    Palm PreKolejny z postów z serii “Poszukuję smartfonu dla siebie”, tym razem z bonusową wartością nostalgiczną.

    W wojnie o tytuł “iPhone killera”, który różne techblogi i podobne serwisy chcą przyznać każdemu nowemu smartfonowi, pojawił się nowy gracz. Palm, firma znana, aczkolwiek od pewnego czasu “w uśpieniu”, na targach CES zaprezentowała swoje nowe dzieło: telefon Palm Pre.

    Zanim napiszę co to Pre i czemu ma szansę być fajne, trochę wspomnień. O firmie Palm słyszałem jeszcze w czasach, kiedy o Internecie w domu można było pomarzyć. Ich “małe komputerki” robiły wrażenie. Po jakimś czasie i ja kupiłem sobie PDA tej firmy – był to model Tungsten|T sprowadzany z USA (można je było kupić legalnie w Polsce, ale w Stanach były sporo tańsze, a korzystając z uprzejmości kolegi zaoszczędziłem jeszcze na przesyłce). Byłem zachwycony. Tungsten był szybki, prosty w obsłudze, a w Internecie można było znaleźć olbrzymią ilość darmowych programów. Miał jednak swoje minusy: system operacyjny PalmOS nie był wielozadaniowy – we wcześniejszych wersjach możliwe było jedynie przełączanie między programami uruchamianymi “w miejscu” (system nie rozróżniał RAMu i systemu plików, więc w uproszczeniu można było powiedzieć, że wszystkie programy były “uruchomione” na raz) – później, wraz z wprowadzeniem obsługi kart pamięci, zostało to zmienione, ale w dalszym ciągu programy funkcjonowały tak, jakby cały czas były uruchomione.

    Czasy się zmieniały, PalmOS – nie. To, co kiedyś było zachęcającą prostotą, później stało się kulą u nogi. A konkurencja nie spała. Słaby sprzęt z czasem został unowocześniony i przestał być obciążeniem dla PDA z systemem Windows CE (później Windows Mobile), powstały nowe programy, PDA zaczęły mieć WiFi, GPSy… A Palmy nie. Zamiast iść do przodu – w pewnym palmofonie postanowiono nawet wykorzystać starszy procesor i system operacyjny, aby urządzenie mogło dłużej pracować na baterii.

    Po latach niebytu Palm powraca, oferując nam (na razie wirtualnie) nowoczesne urządzenie, mające wszystko czego by można było oczekiwać (WiFi, GPS, pełny Bluetooth, 8GB wbudowanej pamięci, aparat 3Mpix), z nowym, nastawionym na sieć systemem operacyjnym, klawiaturą QWERTY i ciekawymi rozwiązaniami w kwestii UI (więcej na ten temat można poczytać na Engadget). webOS, bo tak się nazywa nowy system, pozwoli na pisanie programów w technologii znanej webdeveloperom (Javascript, HTML, CSS, XML), przez co można się spodziewać szybkiego powstania bazy programów.

    Jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się porównania Pre z iPhone i G1, np. na Gizmodo,  w którym to pomimo wyraźnie subiektywnego charakteru tego porównania (np. w kategorii “Sprzętowa klawiatura” wygrał iPhone, który klawiatury sprzętowej nie posiada) i w zasadzie pominięcia G1 w większości punktów, Pre prezentuje się bardzo mocno.

    Telefon pojawi się w sprzedaży dopiero w drugim kwartale tego roku, więc jeszcze dużo czekania przed nami.

    Z kolei osoba która już widziała następce G1 twierdzi, że nowy telefon z Androidem przebije Pre – zapowiada to ciekawą sytuację, jako że oba telefony mają wejść na rynek w tym samym czasie. Pożyjemy zobaczymy – znając produkty Palma, daję tej firmie trochę kredytu zaufania.

     
  • Leszek Krupiński 06:22 on 2008-09-24 Permalink | Reply
    Tags: connection manager, putty, ssh,   

    Zdalna praca z Windowsa 

    PuTTY Connection Manager: tabs

    Od dawna najpopularniejszym klientem SSH, pracującym pod systemami Windows, jest PuTTY. Samo w sobie jest dobrym programem, ale ma kilka braków, na przykład brak “klikalnych” linków, minimalizacja do system tray czy przechowywanie danych o sesjach w plikach (standardowo są one zapisywane w rejestrze, przez co odpada zachowywanie ustawień w systemach współdzielonych, nie jest też możliwe noszenie ich ze sobą na pendrajwie). Braki te są nadrabiane przez community, które zapewnia łatki. Z różnych powodów nie są one jak na razie włączane do głównej linii – często przez problemy ze zdecydowaniem “które rozwiązanie jest najlepsze”, jak na przykład w przypadku zapisywania sesji w plikach.

    Pakietem łączącym najciekawsze łatki jest PuttyTray.

    Ale jest problem, który na pewno nie będzie rozwiązany przez twórców PuTTY, co mnie bardzo “boli” w czasie pracy z wieloma sesjami na raz. Twórcy terminala zapowiedzieli, że praca w zakładkach nigdy nie będzie częścią programu. Zamiast tego, zachęcają oni do tworzenia programów, które “połykają” okno PuTTY, zagnieżdżając je w zakładkach.

    Właśnie takim programem jest PuTTY Connection Manager. Bez sensownego systemu zarządzania oknami, praca na więcej niż dwóch terminalach to męczarnia – przełączanie się między połączeniami zajmuje zbyt dużo czasu i uwagi. Tutaj problem jest rozwiązany – każde połączenie ma swoją zakładkę z odpowiednią etykietką.

    PuTTY Connection Manager: baza danych

    Connection Manager ma więcej przydatnych opcji. Najważniejszą z nich jest baza danych, w której można przechowywać informacje o połączeniach niezależnie od konfiguracji PuTTY. Jest to o tyle przydatne, że CM posiada opcję “makr logowania”, automatycznie wpisujących login i hasło. Baza danych jest szyfrowana, więc utrata np. pendrajwa z tą bazą nie oznacza natychmiastowej tragedii, a one-click-to-connect jest bardzo miłe. Baza ma układ drzewiasty, więc połączenia można sobie ładnie układać.

    Niby wszystko ładnie pięknie, ale są też problemy. Część z nich wynika z idei “połykania” okien. Trochę przy tym wariuje alt-tab. Nie wiem, czy to jest problem nie do rozwiązania, ale jako że Connection Manager i PuTTY to dwa osobne programy, żeby “wyjść” z niego trzeba alt-tab wcisnąć dwa razy. Czasem też CM nie jest w stanie połknąć okna – trzeba je zamknąć i spróbować jeszcze raz (w konfiguracji można ustawić, żeby CM czekał trochę dłużej przed próbą “łykania”).

    Nieciekawie jest też zaimplementowane automatyczne logowanie. Program nie sprawdza czego oczekuje w danym momencie “druga strona”, a jedynie wysyła username po pewnym czasie od połknięcia okna, czeka znowu, i wysyła hasło (możliwe jest zdefiniowanie dodatkowych poleceń, wykonywanych po zalogowaniu). Problem jest wtedy, kiedy połączenie nie zostanie nawiązane, CM wyśle username, pojawi się pytnie o username, i wtedy wyśle hasło – pięknie pokazując je na ekranie wszystkim wokół. Problem można rozwiązać ustalająć bezpieczne czasy oczekiwania na połączenie, ale to z kolei wydłuża cały proces.

    Makro logowania

    Pomimo że program można ściągnąć w wersji “single executable”, ustawienia trzymane są w rejestrze systemowym. Jak na razie nie ma opcji zapisywnia opcji w pliku, ale jest to na liście “to do” programistów.

    Podsumowując – program jest bardzo ciekawy. Ma swoje niedociągnięcia, ale nawet z nimi znacznie poprawia komfort pracy.

     
    • Arvind Juneja 06:28 on 2008-09-24 Permalink | Reply

      cool, a wersja Portable Putty ( http://portableapps.com/apps/internet/putty_portable ) nie usuwa problemu przenoszenia danych o sesjach itp?

    • Leszek Krupiński 06:30 on 2008-09-24 Permalink | Reply

      Zapewne usuwa, znając soft od portableapps. Ale wspomniany wyżej PuTTY Tray też usuwa :) Ale kluczowa w tym tekście była praca w zakładkach.

    • mp 07:13 on 2008-09-24 Permalink | Reply

      Polecam TaskSwitchXP – programik zastępujący stanodardową obsługę Alt-Tab.
      Po wyłączeniu efektów specjalnych i powiększeniu listy tytułów okien działa bardzo dobrze, również do przełączania się między okienktami PuTTY (ale nie tylko). Szczególnie wygodne gdy zdalne shelle ustawiają tytuły okienek PuTTY.

      http://www.ntwind.com/software/taskswitchxp.html

    • Leszek Krupiński 07:15 on 2008-09-24 Permalink | Reply

      Znam, używam cały czas :-) Ale stukanie alt-tab jakoś mi nie leży – nie wiem do końca czemu, ale przy > 2 sesjach dosyć dużo czasu zajmowało mi znalezienie odpowiedniego okienka. Przy puttycm nie mam takiego problemu.

    • hajski 12:50 on 2008-12-25 Permalink | Reply

      Leszek,

      sprawdź sobie mRemote, polecam! :)

  • Leszek Krupiński 12:52 on 2008-07-15 Permalink | Reply
    Tags: hacking, , prawo, url   

    Hakerzy URLi 

    Od kilku dni we wszystkich mediach szeroko komentowana jest sprawa wycieku dużej ilości CV i listów motywacyjnych z programu stażowego banku Pekao S. A. Sprawa została omówiona przez blog WebFan, AntyWeb opisał reakcję PeKaO na całą sprawę, a VaGla przeanalizował sprawę od strony odpowiedzialności – tak więc chyba nie trzeba więcej dodawać.

    Przy jej okazji tej sprawy, opublikowana została wypowiedź pana Arkadiusza Mierzwy, dyrektora biura prasowego Pekao, który zapowiadał przekazanie Policji adresów IP osób, które pobierały CV. Osoby te miały by zostać pociągnięte do odpowiedzialności karnej, gdyż wykorzystali błąd informatyków i bezprawnie ściągali na swoje komputery prywatne dane z serwera banku PEKAO SA. Ten sam pan powiedział, że dane były ukryte, gdyż trzeba było przecież specjalnie wstukać określony adres.

    Pomijając wszystkie inne kwestie związane z brakiem zabezpieczeń, przychodzi mi do głowy inne pytanie – czy otwarcie jakiegokolwiek URLa może być traktowane jako włamanie?

    Do sprawy bezpieczeństwa można podchodzić jak pan z Pekao, dla którego katalog, do którego nie ma linku, jest zabezpieczeniem – klasyczny przykład security through obscurity. Założenie, że takie działanie zapewnia “bezpieczeństwo”, jest błędne, z wielu powodów. Pan Mierzwa doszedł do wniosku, że pomysłowość internautów doprowadziła do odkrycia “schowanych” katalogów (błędny wniosek, ale o tym później) – tak więc jeśli ktokolwiek miał w którymkolwiek momencie projektowania/konfigurowania aplikacji na myśli bezpieczeństwo, wiedziałby, że prędzej czy później ktoś spróbuje wpisać adres ze zmienionym ID, spróbuje wylistować katalog, czy poszuka katalogów “tmp”.

    W podobnej atmosferze rozegrała się “afera” wycieku raportu kwartalnego spółki Intentia International, który to raport został omówiony przez agencję Reuters jeszcze przed jego oficjalnym opublikowaniem. Oczywiście raport był niezabezpieczony, a jedynie “niepodlinkowany”. Intentia oskarżyła Reutersa o stosowanie hackingu w celu wykradnięcia tajnych danych. Widać ostatnio dużo łatwiej jest zostać hakerem niż kiedyś – wystarczy zmienić “raport_kwartalny_2″ na “raport_kwartalny_3″ w pasku przeglądarki. Dziwne tylko, że Intentia nie wstydziła się chwalić wszystkim, że przechowuje niezabezpieczone dane.

    Ale w sprawie Pekao sprawa była jeszcze prostsza. Nikt nie musiał “hakować URLi”. Glucio, osoba która odkryła sprawę i ją trochę nagłośniła, wcale nie kombinowała z adresami. Otóż Glucio, w celach rozrywkowych, szukał w Google osób o takim samym jak on nazwisku – przypadek chciał, że takie nazwisko miała jedna z osób, która przesłała swoje CV do programu stażowego Pekao. Jeśli wejście na stronę znalezioną przez wyszukiwarkę wg. przedstawicieli Pekao jest przestępstwem, to jest to świetny sposób na nielubianych znajomych i wrednych szefów. Wystarczy podrzucić takiej osobie link do jakiegoś CV, najlepiej jeszcze zakryć link przez jakiegoś skracacza URLi, i już, kłopoty “wroga” murowane.

    Jakim cudem GoogleBot trafił na strony, do których podobno nie było linków? Prawdopodobnie któryś z programistów projektu miał Google Toolbar, który przekazuje dane do wyszukiwarki – co pokazuje, że musieli być świadomi, że można wyświetlić listing katalogu (na razie teorie o włamaniu pomijam jako niepotwierdzone). W jakim świetle to stawia oskarżenia pana Mierzwy? Zastosował on spychologię, ale najwyraźniej oskarżył nie tych co trzeba – powinien zapowiedzieć podanie do sądu robaka Google’a.

    W takich sytuacjach pojawia się kilka pytań. Na przykład, czym wpisanie adresu http://example.com/tajne_dane/" href="http://example.com/tajne_dane/">http://example.com/tajne_dane/ różni się od wpisania samego http://example.com/" href="http://example.com/">http://example.com/, i trafienia tam na tajne dane, “ukryte”? W podobnych sytuacjach kilka razy słyszałem dziwne “analogie” i porównania do sytuacji, kiedy to ktoś nie zamknie drzwi od domu na klucz, a ktoś obcy skorzysta z tego i wejdzie do środka. Ciężko strony WWW ciężko traktować jak “dom” – do obejrzenia strony (a przynajmniej tej niezabezpieczonej hasłem) nie trzeba “zaproszenia”. Jeśli już bym się silił na jakieś porównanie, to prędzej bym porównał tą sytuację do prób otwierania drzwi sklepów lub biur, ale chyba wchodzenie do sklepu bez zaproszenia nie jest ani zakazane ani naganne moralnie. Ale nawet co do domów sprawa wygląda ciekawie. Otóż według prawa, aby doszło do włamania, drzwi muszą być zabezpieczone zamkiem, i to takim, który stanowi faktyczne zabezpieczenie, a nie tylko symboliczne – klamka czy dostępny od zewnątrz “haczyk” nie jest takim zabezpieczeniem:

    Podstawową istotą włamania jest wtargnięcie sprawcy do zamkniętego pomieszczenia, przez usunięcie przy użyciu siły fizycznej przeszkody zamykającej dostęp do danego pomieszczenia. Pomieszczenie musi być zamknięte, tj. w taki sposób zabezpieczone przed wtargnięciem osób powołanych by normalne wejście było niemożliwe.
    Usunięcie takiej przeszkody jest wyraźnym obejściem woli właściciela pomieszczenia niedopuszczenia osoby trzeciej do tegoż pomieszczenia. Zaznaczyć tu należy, iż wola ta musi być w poważny sposób wyrażona. Zamknięcie pomieszczenia na zwykły haczyk, który bez większej trudności każdy może odsunąć czy też zwykłą klamkę bez użycia klucza nie może być traktowane jako zamknięcie pomieszczenia i w takich wypadkach wejścia doń sprawcy i dokonanie kradzieży nie można traktować jako włamania.

    (Wyrok SN z 24 kwietnia 1958 r., IV KRN 170/58.)

    Poszukiwanie niezabezpieczonych, “tajnych” katalogów, na chybił-trafił, czy też mając jakieś wskazówki, to jedna strona problemu. Druga, to “ataki”, które przeprowadza się teoretycznie na formularze (np. logowania), a poprzez błędną ich konstrukcję (tj. akceptowanie parametrów GET), możliwe jest zrobienie tego po prostu przez wpisanie odpowiedniego URLa. W ten sposób można wykonywać m. in. ataki SQL-injection. Na ten temat można znaleźć w Internecie kilka historii. Na przykład znany jest przypadek Mateusza, który odkrył błąd w oprogramowaniu pewnej firmy informatycznej (prawdopodobnie CMS, ale nie zostało to nigdzie jasno napisane), z którego korzystało wiele firm. Błąd ten pozwalał w prosty sposób uzyskać dostęp do konta dowolnego użytkownika – wystarczyło wpisać w formularzu logowania ' or 1=1 --. Jeśli dodatkowo formularz akceptował parametry GET, można było to wpisać w pasku adresu. Mateusz poinformował o błędzie firmę programistyczną oraz jej klientów, z propozycją zajęcia się poprawą tego błędu, za co dostał nagrodę w postaci aresztowania i oskarżenia o wymuszenie rozbójnicze (!). Sprawa jest długa i zawiła, została dokładnie opisana przez zainteresowanego, i ciągnie się od 1,5 roku. Rzecz w tym, że prawnicy analizujący tą sprawę, a także poproszony przez prokuraturę o opinię rzeczoznawca, doszli do wniosku, że w tym przypadku nie doszło do żadnego przestępstwa. Specjaliści doszli do wniosku, że takie zabezpieczenie to żadne zabezpieczenie (dosłownie!), więc nie można mówić o omijaniu zabezpieczenia, a co dopiero jego przełamywaniu.

    Kwestia różnicy między omijaniem a przełamywaniem zabezpieczenia w kontekście systemów informatycznych jest dla mnie bardzo niejasna. Co nieco mówią na ten temat dwa cytaty:

    Reasumując, o popełnieniu przestępstwa określonego w art. 267 par 1 kk decyduje sposób uzyskania zastrzeżonej informacji, nie zaś samo jej uzyskanie. Jeżeli następuje to bez przełamywania zabezpieczeń – przestępstwa nie ma. Jeżeli sprawca wykorzystuje dziurę w konfiguracji lub oprogramowaniu systemowym po to, by uzyskać znajdującą się w systemie informację – nie można mu nawet przypisać usiłowania przestępstwa, o którym mówi art. 267 par 1 kk. Jeżeli wykorzystanie słabości systemu nie wymaga od hackera ingerencji w zapis na komputerowym nośniku informacji lub korzystania ze specjalnego oprogramowania – zachowanie takie w ogóle nie jest karalne.

    (dr Andrzej Adamski, „Prawo karne komputerowe” (str.53), na temat art. 267 kk)

    Nie można natomiast uznać za przełamanie zabezpieczenia obejścia mechanizmów lub procedur postępowania uniemożliwiających zapoznanie się z informacją osób nieuprawnionych. Przełamanie zabezpieczenia następuje wyłącznie wówczas, gdy sprawca swoim działaniem wpływa na funkcjonowanie tego zabezpieczenia. Jeżeli istnieje taki sposób dostępu do informacji, który nie został objęty szczególnym zabezpieczeniem, to skorzystanie z tego sposobu nie stanowi realizacji znamion z art. 267 § 1, choćby nawet osobie zapoznającej się z informacjami wiadoma była wola ich zabezpieczenia przed osobami postronnymi.

    (Włodzimierz Wróbel – “Komentarz do art. 267 kodeksu karnego”, “Kodeks karny. Część szczególna. Tom II. Komentarz do art. 117-277 k.k.”, Zakamycze 2006)

    Z powyższych informacji wynika, że jeśli ktoś ma zbyt wyluzowane podejście do technik bezpieczeństwa, to to jest to tylko i wyłącznie jego wina jeśli coś “wycieknie”. Jeśli SQL injection, który jest już dosyć aktywnym atakiem, w pewnym, dosyć szerokim kontekście, nie może zostać uznany za przestępstwo, to co myśleć o wejściu na wyguglany adres?

     
  • Leszek Krupiński 10:05 on 2007-08-01 Permalink | Reply
    Tags: aero, DRM, , notebook, pamięć, sidebar, system-operacyjny, vista, , Windows-Defender, windows-xp   

    Vista przyszła, Vista poszła. 

    Dwa tygodnie temu kupiłem sobie notebooka – systemu operacyjnego wybrać nie mogłem, więc trafiła mi się Vista. Nie chcąc podchodzić do sprawy z negatywnym nastawieniem, postanowiłem wypróbować nowe okienka.

    Po pierwszym włączeniu zasilania, komputer mielił godzinę czy dwie “szykując się do pierwszego uruchomienia”. Pomielił, pomielił, i w końcu się uruchomił. Wszystko wyglądało ślicznie, eye-candy i w ogóle Aero pełną gębą. Okienka ładnie znikały, półprzezroczystość dekoracji była miła dla oka itp. Ale później zaczęły się schody.

    Pierwsza rzecz, która poleciała, to wiśtowy sidebar – rzecz absolutnie dla mnie nieprzydatna. Trzeba ściągać jakieś widgety, bo te standardowe w sumie nic nie potrafią. Na ekranie zabawek mieści się niewiele, trzeba scrollować itp. – może da się to jakoś sensownie skonfigurować, ale jakoś specjalnie mi nie zależało. Sidebar wyleciał.

    Zużycie procesora ogólnie rzecz biorąc było śladowe, oprócz sytuacji, kiedy Vista wykonuje różne operacje w tle, np. automatyczna aktualizacja – wiem, można to wyłączyć, ale z jednej strony znając windy lepiej mieć wszystko połatane, a z drugiej – update’y są codziennie, bo codziennie wychodzą nowe paczki do windows defendera (czy jak się ten ochroniarz nazywa). Tak więc chcąc czy nie chcąc, codziennie coś będzie mielić w tle.

    Później popatrzyłem na stan pamięci. Na dzień dobry zajęte było ponad 650MB (!), co przy moim dostępnym jednym gigabajcie było liczbą niepokojąco dużą. Tak tak, wiem, rozumiem, bufory, pre-fetching itp., ale to tak czy tak za dużo. Jak się okazało później, XP w takich samych warunkach zajmował dużo dużo mniej.

    Po pierwszym uruchomieniu przyszła pora na konfigurację. I tutaj zaskoczenie: jeśli Microsoft chce iść w stronę ułatwień dla “zwykłego użytkownika”, to chyba pomylił kierunki. Interfejs Visty jest ładny, ale kompletnie nieczytelny. Przytłaczają ogromne ilości guzików, przemieszanych informacji, ikonek, paseczków itp. Jak się już przez to przebrnie, znajdzie co trzeba, to zaczyna się walka z kreatorami. Ciężko jest zrobić cokolwiek “ręcznie” – tu ujawniają się dążenia MS do wmawiania użytkownikowi co jest dla niego dobre.

    Dobrze, konfiguracja zrobiona – sieć działa, to podstawa. Można się teraz porozglądać trochę po systemie. Klikam tu, klikam tam, ale… za każdym razem, kiedy chcę uruchomić jakiś element systemu (np. Zarządzanie komputerem), Vista pyta, czy na pewno to ja chcę uruchomić tą rzecz. To zabezpieczenie np. przed trojanami, ale zabezpieczenie upierdliwe do granic możliwości.

    Poklikałem, chcę teraz zainstalować coś do pracy – Visual Studio .NET z SQL Serverem Express. Jeszcze zanim zaczęła się instalacja, wyskoczyło okienko: “W programie, który chcesz zainstalować, występują znane problemy ze zgodnością” (czy coś takiego). Pomijam fakt, że nie mam ochoty, aby system sprawdzał co instaluję (a później te informacje wysyłał do MS), ale niezgodność…? Proponowane rozwiązanie: po instalacji zainstaluj Service Pack SP1 for Vista. Dobra, niech będzie, zainstaluję, ale co z programami, które nie są pisane przez MS, który miał odpowiednio dużo czasu, żeby przygotować poprawki? Bieżąca praca pod tym systemem wróżyła życie pełne niespodzianek. Nic to. Klik-klik, instaluje się. Pod koniec wyskakuje okienko z błędem. Da się jakoś przez to przeklikać. Dalej – instalacja dołączonego do VS SQL Serwera. Znane problemy z niezgodnością, zainstaluj Service Pack. Program zajmuje 50 MB, SP do pełnej wersji (czyli nie tej, którą mam zainstalowaną, ale taki SP zaproponował mi system) zajmuje 400 MB. Odpuściłem sobie – może jakoś będzie działać.

    Ten ostatni problem przelał już czarę goryczy. Nie chciałem ryzykować, że programy, których potrzebuję, nie będą działać. Klik-klik, z MSDNAA ściągnąłem Windows XP Pro SP2 PL, ze strony producenta notebooka sterowniki (rany, prawie 1GB tego wyszło), przygotowałem Recovery CD z Viśtą (w końcu za nią zapłaciłem), skasowałem partycje, stworzyłem od nowa, zainstalowałem system, pół dnia męczyłem się ze sterownikami, ale wszystko działa. Szybki ghost, żeby nie męczyć się znowu, i już można pracować/grać/oglądać filmy/cokolwiek. Na XP zużycie pamięci na starcie jest mniej więcej o połowę mniejsze od Visty.

    Pomijam kwestie DRMów, prywatności itp. – załóżmy (hehe), że mam same AudioCD, same wma legalnie kupowane przez internet itp, więc takie zabezpieczenia by mnie nie “dotykały” w sensie odmowy dostępu. Ale ja chciałem normalnie używać komputera, a w Viście to chyba nie jest możliwe.

     
    • Azrael Nightwalker 12:38 on 2007-08-01 Permalink | Reply

      Zawsze w razie czego jest jeszcze Linux :)

    • Leszek Krupiński 17:01 on 2007-08-01 Permalink | Reply

      Niby jest, ale ciągle mam wrażenie pewnej toporności linuksowego desktopa. Niby wszystko jest, wszystko działa, ale każda aplikacyjka jakby zupełnie z innej bajki, jakieś zabawy z zarządzaniem energią itp. Do tego mam swoje specyficzne potrzeby software’owe, które dyskwalifikują linuksa. Linuksa mam na drugim notebooku, który nie udźwignie nic innego (p3-700, ale tylko 128MB RAM, bez baterii).

      Linuksa używam, ale w sytuacji kiedy wiem, że danego komputera będę używał jako serwer albo tylko do programmersowania :-)

    • Wojciech Zachary 23:58 on 2007-08-02 Permalink | Reply

      Niby prawda. Dostałem Vistę z dobrodziejstwem inwentarza i nie powiem jako konserwatysta chciałem się jej pozbyć i zainstalować jedynie słuszne Win2000. Niestety zmiany w sprzęcie poszły za daleko i nic z tego nie wychodzi :( . Potem były Linux-y cała ich masa ostatecznie zainstalowała się Fedora 6, ładna całkiem, jednak próby wgrywania łatek i nowych wersji – całkowita porażka. Linux jest w/g mnie niedorobiony całkowicie. Pościg za Windowsem w temacie kreatorów i ułatwień powoduje, że człowiek czuje się tak samo niepewnie. Dodatkowo te wszystkie “dystrybucje” pomieszanie w pakietach skryptach i katalogach systemy zajmujące 3-5 GB. To jakieś całkowite nieporozumienie. Wszyscy w imię wolności lubią sobie pomieszać i potem tracić czas na udowadnianie, że to co zrobili jest super. Przed Linux-em dłuuuga droga i oby nie była do nikąd. A tak nawiasem gdzie można znaleźć jakieś testy wydajności Win XP i Visty?

    • piko 15:55 on 2007-08-03 Permalink | Reply

      Ktorego ghosta masz? :) Szukam jakiegos, co to bedzie jednym plikiem ghost.exe i bedize sie potrafil zabootowac z dysku CD i zrobic co trzeba z command line’a. Mam nawet jednego takiego, starego — ale niestety bez wsparcia dla NTFS. Natomiast nowy ghost to jakas magia, bajery, dupery — nawet nie wiem jak zrobic recovery cd :)

    • Leszek Krupiński 07:51 on 2007-08-08 Permalink | Reply

      @Wojciech: Co do Linuksa – mam podobne odczucia. Owszem, fajnie jest coś czasem “wyklikać” zamiast edytować kilka różnych plików konfiguracyjnych (przykład – konfiguracja WiFi – interfejs sieciowy, wpa_supplicant itp), ale wolę to robić w sposób świadomy – mając dostęp do wszystkich opcji, wybierając je tak, jak mi się podoba. Nie lubię prowadzenia za rączkę. Benchmark porównujący XP i Vistę jest np. tu: http://www.tomshardware.com/2007/01/29/xp-vs-vista/

      @piko: mam ghosta na takiej magicznej płytce “hirens boot cd” – płytka bootowalna zawierająca masę różnego rodzaju narzędzi – do partycjonowania, skanowania pamięci, dysków, odwirusowywania, wypalania płytek itp. Fajna rzecz i dzięki niej można realizować to, co chcesz. Co do samego ghosta – w jakiejś nowszej wersji potrafi on wypalać płytkę bootowalną z ghostem na niej.

    • Wojciech Zachary 21:30 on 2007-08-09 Permalink | Reply

      Dzięki za stronę z porównaniami. Marzy mi się by Vista skończyła jak Me :) co prawda po dłuższej zabawie muszę stwierdzić, że jest jakby bardziej intuicyjna niż XP jednak MS przesadził z tymi swoimi narzędziami mającymi zabezpieczyć komputer przed… użytkownikiem. Do czasu gdy programy trzeba będzie instalować w sposób całkowicie poza kontrolą nie będzie dobrego systemu operacyjnego. Nie wiem i nie mogę zrozumieć po co “instalator” umieszcza wszędzie jakieś pliki wpisy itp duperele a w końcu wszystko to powoduje tylko problemy. Dotyczy to zarówno windows jak i Linuxa z tym wspaniałym rpm i innymi pomysłami. Podobno PC-BSD jest w tym temacie lepszy – może się w końcu skuszę.

    • pshm 14:48 on 2007-08-10 Permalink | Reply

      Fajna konkretna recenzja :)
      Osobiście jak do tej pory widzę tylko jeden plus Visty: dzięki niej potaniało XP pro i można sobie wreszcie niższym kosztem zafundować legalny serial number do własnego Poczucia Moralności v.1.0 ;>

    • Leszek Krupiński 12:33 on 2007-08-22 Permalink | Reply

      @Wojciech: Co do intuicyjności, to wydaje mi się, że po jakimś czasie bym się przyzwyczaił, ale pozostało takie wrażenie “przytłoczenia” różnymi paseczkami i guziczkami. Zabezpieczanie przez użytkownikiem – też miałem takie wrażenie, że cały czas patrzy mi się na ręce i w sumie to nic nie mogę zrobić bez nadzoru.

      @pshm: Dzięki :) Co do licencji, to mam ten plus, że z uczelni mam w zasadzie cały soft MS za darmo (oprócz Worda, Excela i PowerPointa), aczkolwiek zdarzało mi się instalować z pirackiej płytki, bo ta oryginalna miała jakieś problemy emocjonalne ;)

  • Leszek Krupiński 14:46 on 2007-07-06 Permalink | Reply
    Tags: extensions, , , linux, rozszerzenia,   

    Rozszerzenia Firefoksa 

    Było już narzekanie na FF, teraz czas na trochę pochwały.

    Firefox, sam w sobie, ma niezbyt duże możliwości, zwłaszcza w porównaniu z innymi przeglądarkami, takimi jak Opera. Można jednak doinstalować do niego różne rozszerzenia, dzięki którym FF może konkurować z innymi przeglądarkami. Poniżej przedstawię kilka rozszerzeń, z których korzystam – w tym wpisie będą to rozszerzenia, które mogą się przydać każdemu, a w innych opiszę te bardziej “specjalistyczne”.

    AdBlock Plus

    Rozszerzenie, bez którego nie da się żyć. Adblock Plus skutecznie blokuje różnego rodzaju reklamy – graficzne, flashowe, iframe’y… Blokuje na podstawie charakterystycznych cech adresów, które to cechy można pobrać z kilku adresów lub stworzyć same. Wybierając adres z listy warto jest wybrać taki, który jest “bliski” miejscu zamieszkania (w sensie kraju), gdyż jest duża szansa, że będzie zawierać specyficzne dla danego kraju adresy (np. charakterystyczne dla Polski “baner” czy “reklama”).

    All-in-One Sidebar

    All-in-One SidebarUsprawnienie interfejsu użytkownika – przenosi kilka dodatkowych rzeczy do bocznego panelu. Dzięki temu można szybciej dostać się do kilku elementów przeglądarki, które powinny być w miarę na wierzu. All-in-One Sidebar zawiera:

    • Zakładki
    • Historię
    • Download managera – istotna sprawa, bo domyślny DM w Firefoksie jest chyba najgorszym elementem przeglądarki – niepraktyczny, niewygodny…
    • Rozszerzenia – ładny interfejs do zarządzania rozszerzeniami – przeglądanie, wyłączanie, odinstalowywanie, linki do stron z rozszerzeniami itp.
    • Multi-panel – miejsce, w którym można wyświetlić kod źródłowy strony czy też samą stronę, którą chce się mieć na oku.
    • Informacje o stronie – linki, media itp

    DownThemAll!

    DownThemAll! Świetne rozszerzenie służące do ściągania plików w różny sposób. Pierwszy z nich to działanie w stylu oldschoolowych “download managerów” przyśpieszających pobieranie danych przez ściąganie każdego pliku równolegle w kilku kawałkach; do tego oczywiście kolejkowanie itp – standardowa sprawa. Pliki do pobrania można dodawać do kolejki wpisując link w osobnym okienku lub wybierać odpowiednią opcję ze standardowego okienka pobierania pliku, wyświetlanego przez FF.

    DownThemAll! - ustawieniaDrugi tryb pracy DTA to masowe wyciąganie linków z bieżąco oglądanej strony. Można wybrać linki danego typu, można zapisać obrazki z danej strony, można też ściągnąć wszystko, co pasuje do wyrażenia regularnego. Bardzo wygodna sprawa np. do ściągnięcia wszystkich PDFów ze strony lub wszystkich obrazków.

    ImgLikeOpera

    Malutkie rozszerzenie, ale w pewnych sytuacjach bardzo przydatne. Dodaje na pasku statusu mały przycisk, dzięki któremu możliwe jest przełączanie trybu wyświetlania obrazków na stronie: nie ładuj obrazków, ładuj tylko zbuforowane, ładuj tylko z tej strony, ładuj wszystkie. Przydatna sprawa dla ludzi łączących się przez GPRS lub z powolnymi połączeniami.

    Paste and Go 2

    Rzecz, której mi najbardziej brakowało w FF po epizodzie korzystania z Opery, to akcja “wklej adres ze schowka i idź do niego” wykonywana jedną kombinacją klawiszy. Rozszerzenie Paste and Go 2 właśnie takie działanie umożliwia, albo za pomocą skrótu klawiaturowego (tu uwaga, ciężko go zmienić – nie ma interfejsu konfiguracyjnego, więc jedyna opcja to użycie edytora konfiguracji FF albo rzeźbienie w plikach konfiguracyjnych), albo przyciskiem na toolbarze.

    Tab Mix Plus

    Jest dużo rozszerzeń, które dopracowują zachowanie zakładek – możliwość zmiany zachowania w przypadku kliknięć z kombinacją klawiszy, kolory, wygląd itp. Jest jednak rozszerzenie, które pozwala na konfigurację wielu aspektów na raz. Programowanie kliknięć, kolorków, wewnętrzny system zapisywania sesji, blokowania zakładek, łączenia okien… Masa różnych opcji.

    Thinger

    Kolejna rzecz, której mi brakowało w FF po przesiadce z Opery, to możliwość swobodnego definiowania pasków zakładek. Mam pewne rzeczy tematyczne, które chciałbym mieć na wierzchu, bez zakopywania tego w podfolderach domyślnego paska.

    Rozszerzenie Thinger pozwala na tworzenie dowolnej liczby pasków zakładek, z których każdy będzie wyświetlał zawartość dowolnie wybranego folderu zakładek.

    Coming up next: rozszerzenia dla webmasterów.

     
  • Leszek Krupiński 23:19 on 2007-07-01 Permalink | Reply
    Tags: css, javascript, , , webdesign   

    Okrągłe rogi 

    Dłubiąc w źródłach pewnego systemu CMS, znalazłem bardzo ciekawy kawałek kodu. Okazało się, że jest on rozprowadzany też osobno. Nazywa się to Nifty Corners Cube i służy do łatwego nadawania obiektom kształtu “pudełka” z zaokrąglonymi rogami. Efekt atrakcyjny wizualnie (można się o tym przekonać np. tu), a przy tym bardzo łatwy do osiągnięcia.

     
  • Leszek Krupiński 10:40 on 2007-02-15 Permalink | Reply
    Tags: , , opera, rozwój   

    Cykl pracy z Firefoksem 

    1. Firefox jest lekki, szybki, przyjemnie się pracuje.
    2. Firefox, w czasie wychodzenia nowych “małych” wersji, puchnie i robi się ciężki.
    3. Firefox jest prawie nie do użycia bez kosmicznych ilości pamięci
    4. Firefox jest odsuwany na bok na rzecz Opery
    5. Wychodzi wersja z ‘0′ na końcu, powrót do pkt. 1

    FF jest fajny, ale developerzy go “puchną”.

     
c
compose new post
j
next post/next comment
k
previous post/previous comment
r
reply
e
edit
o
show/hide comments
t
go to top
l
go to login
h
show/hide help
esc
cancel