Posts Mentioning RSS Toggle Comment Threads | Keyboard Shortcuts

  • Leszek Krupiński 14:37 on 2010-03-02 Permalink | Reply
    Tags: poczta polska   

    Procedury Poczty Polskiej 

    Poczta Polska gra w bardzo ciekawą grę pt. “Zgadnij co zrobię z poleconym” – niestety nie znam zasad tej gry. Możliwe, że ich nie ma, a zachowanie jest losowe, ew. jest powiązane z regułą najmniejszego wysiłku.

    W ciągu ostatnich kilku miesięcy listonosze przestali się bawić w doręczanie listów poleconych do rąk własnych, jak by można po liście poleconym się spodziewać, ale po prostu wkładali je do skrzynek na listy. Owszem, można sobie zażyczyć taką usługę poprzez wypełnienie na poczcie stosownego formularza – ma to sens jeśli na przykład w godzinach wędrówek listonoszy nigdy nie jest się w domu, a adresatowi nie przeszkadza że listy te trafią do skrzynki. Tylko że ja żadnej takiej prośby nie wyrażałem!

    Swego czasu stałem w kolejce na poczcie po odbiór awizowanego listu (kolejki na poczcie to rzecz nieśmiertelna – są zawsze), i słyszałem pana, który skarżył się kierowniczce, że on składał oświadczenie, że chce żeby jego polecone trafiały do skrzynki, a listonosz uparcie zostawiał awizo.

    Jest jeszcze trzecia opcja w pocztowej grze – awizo w skrzynce, nawet jeśli cała rodzina była w domu, wiec argument “mieszkanie zamknięte” (tak ostemplowywane są na poczcie przesyłki, jeśli listonosz nie zastał nikogo pod adresem docelowym) brzmi śmiesznie (nota bene z argumentu tego korzystają bardzo często niewyrabiający się z dostawami kurierzy). Któregoś razu moja rodzicielka wracając do domu trafiła na listonosza, który zostawił przed chwilą awizo – okazało się, że on nawet nie wziął przesyłki ze sobą z poczty. W takiej sytuacji fakt, ciężko przesyłkę dostarczyć, jeśli się jej fizycznie nie ma.

    Powiedzmy że rozumiem, że listonosze się nie wyrabiają, mają ciężkie torby, muszą przez błoto i deszcz doręczać przesyłki, ale to nie mój problem – ja (czy też ktokolwiek inny, wysyłający do mnie listy) płacę za konkretną usługę, i oczekuję jej realizacji. Nie obchodzi mnie, że ktoś ma bajzel w papierach i nie wie do kogo doręczać polecone do rąk własnych, a do kogo trzeba podreptać na 10-te piętro. Nie obchodzi mnie, że listonosze nie wyrabiają się z terminami, i żeby zaoszczędzić czas nie drepczą na te 10-te piętro. Jeśli jest za mało listonoszy a PP nie stać na zatrudnienie nowych, to albo usługi pocztowe są zbyt tanie, albo nasz monopolista jest źle zarządzany (ciekawe czemu instynktownie czuję która odpowiedź jest prawidłowa?).

    Podsumowując, ta firma, ze swoim poziomem usług, musi paść.

    Przy okazji polecam lekturę artykułu “e-biznes z pocztą polską – dramat w kilku aktach!” na AntyWebie, gdzie opisane są perypetie biznesowego klienta PP.

     
    • Galford 21:13 on 2010-03-02 Permalink | Reply

      skąd ja to znam :) swojego czasu listonosz nie przynosił mi paczek mimo iż byłem w domu. Po mega awanturze na poczcie zaczął przychodzić :)

      Ciekawi mnie jedna sprawa, że na gębę dają listy polecone np. na klatkach. Nie sprawdzą dokumentu czy ktoś mieszka w danym lokalu, tak odebrałem list do mojej lubej.

      No i jeszcze najlepsza rzecz w PP. ONI NIE ODPOWIADAJĄ ZA PRZESYŁKI!!!
      To kto? Ja? :)
      Dlatego od dłuższego czasu wolę zapłacić kilka zł więcej za kuriera i mieć święty spokój i pewność, że paczka dojdzie :)

    • kac 21:55 on 2010-03-02 Permalink | Reply

      W ramach obrony PP to czasem, jest tak, ze powtórne awizo niesie bez listu i wtedy przypadek Twojej mamy moze miec miejsce. ALe zasadniczo nienawidze pp i juz sie nie moge doczekac normalnej konkurencji. ;)

      • Leszek Krupiński 22:14 on 2010-03-02 Permalink

        Nie, to było pierwsze awizo. Gdyby było powtórne, bym się nie czepiał ;) No, chyba że by to było awizo powtórne w sytuacji, gdy pierwszego nikt na oczy nie widział – a tak też się zdarza ;)

  • Leszek Krupiński 12:26 on 2010-02-05 Permalink | Reply
    Tags: alkohol, europa, polska   

    Preferencje alkoholowe 

    Trafiłem ostatnio na ciekawą mapkę, pokazującą preferencje alkoholowe w różnych krajach Europy:

    Legenda:

    Czerwony Wino
    Żółty Piwo
    Niebieski Wódka

    Mapa jest o tyle ciekawa, że można z niej próbować wyciągać różne wnioski (zakładając oczywiście, że jest ona poprawna). Na przykład, można uznać, że wino jest popularne tam, gdzie mogło być faktycznie uprawiane (południe kontynentu), a z kolei wódka jest lubiana tam, gdzie jest zimno. Ciekawi mnie podział Polski na strefy wódki i piwa. Możliwe, że na piwną strefę zostały wyznaczone tereny “Ziem Odzyskanych“, gdzie teoretycznie tradycyjne niemieckie zamiłowanie do piwa może mieć głębsze korzenie, ale de facto te tereny obecnie zamieszkują ludzie przesiedleni z Kresów, Bieszczad itp. Bardziej sensowne dla mnie by było wytyczenie linii granicznej wódka-piwo na granicy zaboru rosyjskiego. Niestety nie mogę teraz tego nigdzie odszukać, ale czytałem gdzieś, że w Polsce generalnie wódka jako-taka nie była bardzo popularnym trunkiem, a rozkwit jej popularności przypadł właśnie na lata zaborów i później PRLu.

    Tak czy tak – mapa jest ciekawa.

     
    • WW 11:38 on 2010-02-06 Permalink | Reply

      Autorzy mapy pewnie byli pijani jak ją preparowali ;-)

  • Leszek Krupiński 13:07 on 2009-07-22 Permalink | Reply
    Tags: kdt, Warszawa   

    KDT w gazie 

    Centrum Warszawy

    Centrum Warszawy

    Kupieckie Domy Towarowe to bardzo ciekawe zjawisko. Powstały jako kontynuacja eksplozji przedsiębiorczości z początku lat 90-tych, czyli łóżek polowych i “szczęk” rozstawionych na placu Defilad, ścisłym centrum Warszawy. Kilka lat później, w 2001 roku, ówczesny prezydent Warszawy Paweł Piskorski oddał stowarzyszeniu kupców teren pod targowiskiem w dzierżawę, i na tym terenie powstały hale KDT – i oczywiście zostało to okrzyknięte sukcesem współpracy samorządowców ze społeczeństwem. Lech Kaczyński, w czasie swojej kadencji na stanowisku prezydenta Warszawy, bez żadnej dyskusji przedłużył dzierżawę. Ale wszyscy wiedzieli, że taka blaszana buda w środku dwumilionowego miasta stać nie może.

    Jako że jest to blog prywatny a nie telewizja z misją, nie będę ukrywał mojego nastawienia do całej sprawy. Nie będę ukrywał, że łamanie prawa powinno być odpowiednio ukarane.

    (More …)

     
    • sziwan 14:51 on 2009-07-22 Permalink | Reply

      Wszystko, tylko nie „kupcy”. Kupcy to mieli własne kamienice na Długiej w Gdańsku.

    • Leszek Krupiński 02:00 on 2009-07-23 Permalink | Reply

      @sziwan: fakt, przepraszam. Poddałem się promowanej w mediach manierze. Motłochu rzucającego cegłówkami kupcami nazwać się nie da.

    • ptecza 12:27 on 2009-07-23 Permalink | Reply

      Jak to łatwo wymądrzać się w Internecie i obrażać innych… Jakie to bezpieczne… Idź, powiedź prosto w oczy ludziom z KDT, co o nich myślisz, bohaterze z frazesami o prawie na ustach.
      Jeśli nie podobają Ci się ciuchy z KDT i Cię stać na droższe, to nie kupuj ich. To proste. Sam też tam nie chodzę na zakupy, ale jestem w stanie zrozumieć, że w Warszawie jest mnóstwo ludzi, których nie stać na droższe. Dlatego chodzą do KDT, na Stadion czy inne bazary.
      Miasto, a właściwie HGW, łaski ludziom nie robi. Śmierdzą jej pieniądze z KDT? Ciekawe skąd wezmie teraz te miliony, które co roku wpadały do miejskiej kasy. Taka bogata ta Warszawa, że lekką ręką pozbywa się tych pieniędzy? Pewnie dlatego miasto tonie w długach, skoro ma takich “gospodarzy”…

    • Leszek Krupiński 08:44 on 2009-07-27 Permalink | Reply

      @ptecza: Jak łatwo siedząc przed komputerem rozprawiać o tym, że to bardzo dobrze, że ludzie z KDT zrobili rozpierduchę – coś, czego samemu by się nie zrobiło. No chyba że jak by Cię zwolnili z pracy, to byś się zabarykadował w pokoju i rzucał cegłówkami w prezesa?

      “Frazesy o prawie”? Przestrzeganie prawa to frazes? Słabo mi… I całe szczęście, że nie muszę nikomu mówić o konieczności przestrzegania prawa – jeśli ktoś nie wie tego od małego, to od przypominania jest policja.

      Nikogo nie obrażam – nazywam rzeczy po imieniu. Jeśli ktoś łamie prawo i robi chuligańskie zadymy w sytuacji, gdzie policja chce egzekwować to prawo, to nie jest żadnym kupcem, żadnym “obrońcą miejsc pracy” – jest chuliganem. Jeśli ktoś się czuje obrażony, to może niech przedstawi swój wywód pokazujący w jaki to sposób chuliganem nie jest.

      Co do cen: KDT nie było tanie, więc argument o cenie jakoś do mnie nie przemawia.

      No i co to za argument “śmierdzą jej pieniądze z KDT”? Może Miasto niech wynajmie ratusz agencji towarzyskiej, bo przecież pieniądze nie śmierdzą. I nie, nie HGW – przeczytaj wyżej, zobaczysz że to “nawet” sam obrońca uciśnionych Kaczyński zapowiedział, że hale muszą zniknąć.

      Dochody to nie wszystko – nie można temu wszystkiego podporządkowywać. Potrzebna jest druga linia metra. Potrzebny jest harmonijny rozwój miasta.

    • pshm 19:09 on 2009-07-29 Permalink | Reply

      Wiesz co, gdyby sugerowanie Ci kariery politycznej nie było jawną i oczywistą obrazą, to normalnie po przeczytaniu tego posta świadomie i bez żadnych ale oddałbym na Ciebie głos w przyszłych wyborach ;]

  • Leszek Krupiński 11:18 on 2009-04-16 Permalink | Reply  

    A w Muzeum Narodowym same nowiny 

    Piotr Piotrowski, nowy dyrektor Muzeum Narodowego w Warszawie, planuje same zmiany.

    Muzeum nie jest instytucją, która ma generować kulturalny spokój. Chciałbym, żeby Muzeum Narodowe było bardziej widoczne i zauważalne. Koniec z wystawami dla masowego widza, czas na awangardę i nieznanych artystów

    Ja tam jestem jakiś dziwny, ale Muzeum Narodowe kojarzy mi się z kanonami sztuki, tak jak Luwr czy Ermitaż. Pan Piotrowski jednak przekonuje:

    Muzeum nie jest instytucją, która ma generować kulturalny spokój. To raczej właściwość innych mediów: głównie rozrywkowych takich jak telewizja.

    Może to problemy na puncie styku człowiek<->artysta, bo ja, od czasu do czasu oglądając telewizję, to kulturalnego spokoju tam nie widzę. Widzę za to Jolę z Dodą na łyżwach – może to jest spokój przy awangardzie, którą pan Piotrowski wprowadzi do Muzeum?

    A może po prostu się nie znam ;)

    Wywiad z p. Piotrowskim

     
    • pshm 17:44 on 2009-04-28 Permalink | Reply

      Facet chyba chce dobrze, bo generalnie to w porównaniu z zagranicą to instytucje kulturalne w Polsce to cienizna. Jak do tej pory na coś bardziej pojechanego odważyło się tylko Muzeum PW na Grzybowskiej.

      Fakt jednak faktem, że pokazywać klasyków ktoś musi, więc jak będzie próbował zrobić z tego coś pokroju Zachęty 2.0 to już trochę może zaboleć.

      Natomiast tekst z telewizją “generującą spokój” nadaje się IMO na basha ;] No chyba, że ktoś ogląda TV Trwam ;)

    • Leszek Krupiński 07:49 on 2009-05-06 Permalink | Reply

      Może i chce dobrze, ale właśnie mi o to chodzi, że jego pomysły są super, ale dla innego miejsca. Muzeum PW zrobiło cuda z formą – jeśli wymyśli tego typu nowinki w stosunku do prezentacji klasyki to będę pozytywnie zaskoczony, aczkolwiek szczerze w to wątpię – puszczanie przez głośniki ‘pocztu królów polski’ T-Raperów znad Wisły? ;)

  • Leszek Krupiński 20:55 on 2009-03-14 Permalink | Reply
    Tags: , recenzja, Watchmen   

    Dylemat z filmem Watchmen 

    Gdy zaczęły się napisy kończące film Watchmen, myślałem sobie “fajny film” i liczyłem na emocjonującą wymianę opinii z współoglądaczami na temat najlepszych scen filmu. Popatrzyłem jednak na twarze reszty ekipy i okazało się, że tylko ja byłem tak pozytywnie nastawiony do filmu. W związku z tym zacząłem się zastanawiać – co było w tym filmie nie tak?

    Może na początek zaznaczę, że mam do filmów podejście realistyczne. Jeśli idę do kina na głupią komedię to nie marudzę później, że było dużo żartów o puszczaniu bąków, a idąc na film akcji nie dziwię się, że główny bohater pokonał już trzydziestego karatekę mafii. Tak samo tutaj – wiedziałem, że jest to ekranizacja komiksu, a one rządzą się specyficznymi prawami.

    Zacznę od tego co mi się podobało – bo nad tym nie musiałem się zastanawiać. Na pewno podobały mi się realia. W filmie świetnie odtworzono lata 80-te, i bardzo ciekawie wprowadzono do nich pewne zmiany, tworząc alternatywną historię: nie było afery Watergate, przez co Nixon nie został odsunięty od władzy i był wybrany na kolejną kadencję, USA w Wietnamie zwyciężyło, a zimna wojna zamiast wygasać – zaostrza się, co stanowi oś wydarzeń filmu. W klimat owego świata niesamowicie wprowadza sekwencja tytułowa – sceny z życia superbohaterów, wydarzenia historyczne, a także ich połączenia – absolutnie rozłożył mnie urywek pokazujący moment robienia jednego z najsłynniejszych zdjęć, zrobionego po kapitulacji Japonii na koniec drugiej wojny światowej, gdzie zamiast marynarza pielęgniarkę całuje superbohaterka.

    Klimat filmu jest dodatkowo budowany przez muzykę. Utwory Hendrixa, Dylana czy Joplin świetnie podkreślają wydarzenia pokazywane na ekranie. Widać też, że twórcy filmu także dobierając piosenki celowali w te z okolic czasowych akcji, a także chcieli nawiązywać do dzieł kultury (np. Cwał Walkirii w scenach z Wietnamu).

    Nie można też nie wspomnieć o efektach specjalnych, do których nie można się przyczepić. Oczywiście robią wrażenie, ale nie są nachalne. Ilustrują wydarzenia, ale nie są celem samym w sobie. Tutaj wielki plus.

    Scenariusz… cóż, tu już trochę gorzej. Nie czytałem (jeszcze) komiksu, więc nie mogę stwierdzić w jakim stopniu odpowiada pierwowzorowi, czy jest lepszy czy gorszy. Sama historia jest (żadna niespodzianka) komiksowa i dosyć banalna, aczkolwiek zakończenie już takie nie jest. Aczkolwiek banalność osi wydarzeń dotarła do mnie dopiero po chwili przemyśleń – inne elementy filmu dobrze nadrabiają braki, a nawet więcej – sprawiają, że film wciąga. Ale o tych elementach zaraz.

    Fabuła jest mocno nieliniowa. Akcja jest przerywana wspomnieniami, retrospekcjami czy przemyśleniami bohaterów. Sam fakt ich przedstawienia przypadł mi do gustu, bo zawsze ciekawią mnie losy bohaterów “przed” lub “po”, ale mocno spowalniają bieg wydarzeń.

    Teraz o wspomnianych wcześniej “elementach”. O filmie było wiadomo wcześniej, że nie jest typowym filmem o superbohaterach. Tutaj herosi nie są cudami bez zmazy i skazy. Mają swoje problemy, swoją przeszłość (zazwyczaj trudną), i oglądając film często ma się wrażenie, że Strażnicy generują więcej problemów niż likwidują. Ale przez to są ciekawi. Postacie z różnymi odcieniami szarości potrafią zaskoczyć człowieka, w przeciwieństwie do Supermena, który zawsze wiadomo co zrobi.

    Z minusów filmu – na pewno drażniły mnie niektóre sceny, ewidentnie niepasujące do reszty filmu. Moim zdaniem całkiem zbędne było zbyt dosłowne pokazywanie przysłowiowych “flaków”. W 99% filmu wystarczyło pokazać np. krew wypływającą spod drzwi, a w jednej czy dwóch scenach widać wszystko ze szczegółami – można było sobie to darować. Podobnie z “golizną” – sceny pozostawiały bardzo niewiele wyobraźni.

    Zastanawiałem się co jeszcze mogło się moim znajomym nie podobać, ale podejrzewam że nie spodobała im się fabuła i to przyćmiło resztę filmu.

    Konwencję komiksową można akceptować lub nie, ale tak jak wspomniałem na początku, idąc do kina na ekranizację komiksu można się spodziewać cudów techniki wyprzedzających swój czas, niepokonanych siłaczy, dziwnie wyglądających stworzeń i wypadków w czasie przeprowadzania eksperymentów, które to eksperymenty dają nadludzką moc. Jeśli ktoś tego “nie trawi”, to “Watchmen” raczej można sobie odpuścić. Ale jeśli się to choćby toleruje, to film można obejrzeć choćby dla przekonania się jaki alternatywny świat stworzyli scenarzyści.

    (Tekst opublikowany w serwisie Filmaster na licencji CC-BY-2.5)

     
  • Leszek Krupiński 13:25 on 2009-01-07 Permalink | Reply
    Tags: , pasterka, wigilia   

    Kościół się nie zmienia! 

    Ten post i tak chciałem napisać, ale teraz do jego napisania zmotywował mnie wpis http://lrem.net/) (http://lrem.net/)" href="http://lrem.net/">lRema pt. http://blog.lrem.net/2008/12/26/kosciol-sie-nie-zmienia/) (http://blog.lrem.net/2008/12/26/kosciol-sie-nie-zmienia/)" href="http://blog.lrem.net/2008/12/26/kosciol-sie-nie-zmienia/">“Kościół się nie zmienia?”, więc do pewnego stopnia jest to polemika z Jego notką.

    lRem pisze o zmianach w sposobie celebrowania mszy czy dopuszczeniu osób świeckich do obrządku, co dla mnie jest mało istotne. Istotny dla mnie jest światopogląd, który najwyraźniej nie ma ochoty się zmienić.

    Święta Bożego Narodzenia spędziłem u “teściów to-be” i tam też byłem w kościele na pasterce. Liczyłem, że ksiądz będzie mówił, że Bóg się narodził, że to powód do radości, żeby się dzielić tą dobrą nowiną itp. Jakże się myliłem…

    Poczułem się jakbym był w średniowieczu, kiedy to Kościół, w celu umotywowania ściągania kasy, utrzymania władzy i kontroli nad ciemnym ludem, straszył motłoch piekłem. W pasterkowym kazaniu ksiądz może piekłem nie straszył, ale za to mogłem posłuchać jak to ludziom jest źle. Zaczął od kryzysu. Kryzys skierował jego myśli ku emigracji zarobkowej, co powoduje złe warunki wychowania dzieci pozostających w kraju. A jak źle w kraju – to zaczął opowiadać o tych co biją dzieci, piją. Co robią piekło (tak dokładnie powiedział) nawet w dniu wigilii Bożego Narodzenia. A czemu to wszystko? Bo nie przystępują do komunii! I tak oto ksiądz przekazał nam rozwiązanie wszystkich problemów świata.

    Rozumiem, że ksiądz musi zachęcać jakoś ludzi do przychodzenia do kościoła. Ale czemu w ten sposób? Nie wiem jak to wygląda w reszcie świata, ale jestem skłonny uznać, że to nasza narodowa tradycja, bo przecież każda kampania społeczna też jest realizowana poprzez wywołanie strachu czy wyrzutów sumienia. No i moment na straszenie też – moim zdaniem – niezbyt szczęśliwy.

    Może to był tylko ewenement? Zapewne. Nie chcę generalizować. Ale takie przypadki jak ten wyżej opisany nie powinny się zdarzać.

     
    • lRem 20:28 on 2009-01-07 Permalink | Reply

      Tak to czytam i… Widzę, żę ksiądz chciał dobrze, ale nie bardzo potrafił.

      Pasterka to jedna z okazji do przekazania nauki największej liczbie wiernych. Naukę najlepiej zacząć od dokładnego zaadresowania, najlepiej poprzez odwołanie do sumienia. Zaś odnowienie i umocnienie w sobie wiary jest z jednym sposobów na zrobienie z siebie lepszego człowieka.

      A że ojczulek wykazał się gracją słonia w składzie porcelany, zaś zamiast nauki wyszedł mu jakiś bełkot… Cóż, nie każdemu w życiu poszczęściło się z talentem i dostosowaniem do niego wyboru kariery :/

    • pshm 01:31 on 2009-02-11 Permalink | Reply

      Co prawda to temat długi jak ta rurka, w której ruscy naukowcy chcieli zmieścić całą wodę z mórz, rzek i jezior, ale co tam…

      Z tego co wiem, a tematem się trochę interesuję, to zachowania tego typu są nagminne. “Syndrom Rydzyka” obecny jest w niemal każdej świątynii w bardziej lub mniej rozwiniętej formie.

      Żal dupę ściska, że pasterz, który powinien lud z ciemnoty wyprowadzać, sam ciemny jest i takoż swoje owieczki w ciemnotę prowadzi.

      Nawiasem mówiąc/pisząc: odjazdowy themesik :] Tylko bym wewnętrzne marginesy kolumny z tekstem zmniejszył.
      Sorry Lechu, musiałem :D

  • Leszek Krupiński 19:24 on 2008-12-18 Permalink | Reply
    Tags: urząd skarbowy, US   

    Zrozumieć Skarbówkę. 

    Firmy rozdają różne prezenty. Od długopisów, przez smycze, podkładki pod myszy, alkohole tańsze i droższe, po ekskluzywne krawaty i pióra. Wydawało by się, że wszystkie te produkty te służą poprawieniu wizerunku firmy, reklamie, reprezentacji. Ale według urzędów skarbowych tak nie jest. Drobne upominki, według urzędów, nie służą reprezentacji firmy, więc mogą zostać wliczone do kosztów działania firmy, natomiast prezentów droższych odliczyć się nie da, ponieważ ich zakup został zakwalifikowany jako koszty reprezentacyjne.

    Pominę fakt nielogicznej dla mnie sytuacji, gdzie koszty (!) reprezentacyjne kosztami nie są. Nieco bawi (choć może nie powinno) mnie arbitralność osądów co jest ekskluzywne a co nie jest. Totalnie za to nie rozumiem różnicy w poniższych dwóch fragmentach uzasadnienia takiej sytuacji:

    “(…) działania spółki polegające na przekazywaniu gadżetów firmowych, w postaci długopisów, piór, smyczy, kalendarzy, czapek, portfeli, latarek itp., opatrzonych logo spółki, przeznaczonych do nieodpłatnego rozprowadzenia na spotkaniach wśród kontrahentów i kooperantów, spełniają funkcję reklamową, gdyż zmierzają do zwiększenia rozpoznawalności firmy na rynku, poznania cech jakościowych oferowanych wyrobów, ich zalet technicznych, co w efekcie wpływa na zwiększenie zainteresowania oferowanymi towarami, a także zachęca do współpracy i tym samym może wpływać na zwiększenie przychodów”

    “(…) wręczanie eleganckich i wartościowych upominków tylko wybranym kontrahentom (potencjalnym kontrahentom) ma na celu stworzenie dobrego wizerunku firmy, który spowoduje pozytywne postrzeganie przedsiębiorcy. Takie zachowanie nosi więc znamiona działań reprezentacyjnych i w takiej sytuacji wydatki na ten cel nie będą stanowiły kosztu uzyskania przychodu”

    Ja wiem, że urzędy skarbowe pracują na innej płaszczyźnie mentalnej i to co jest logiczne dla nich dla normalnych ludzi już takie być nie musi, ale to już chyba lekkie przegięcie. Powyższe cytaty pochodzą z decyzji dwóch różnych izb skarbowych; podając identyczne uzasadnienia dochodzą do przeciwnych wniosków. Biedni są księgowi, którzy przeprowadzając się zmieniają województwo – wszystkiego muszą się uczyć od nowa…

    Źródło: Rzeczpospolita, wybór cytatów: Sziwan

     
  • Leszek Krupiński 09:22 on 2008-12-17 Permalink | Reply  

    Oryginalni do bólu 

    Pewna para z New Jersey chciała zamówić tort urodzinowy z imieniem swojego dziecka. Sklep odmówił. Dlaczego? Bo dziecko nazywa się Adolf Hitler Campbell.

    Chłopiec został tak nazwany, bo, jak twierdzą rodzice, “z pewnością nikt inny na świecie nie ma takiego imienia”. Pominę moralizatorskie teksty w stylu “jak można nazwać dziecko mianem największego zbrodniarza XX wieku”, ale można było się spodziewać, że dziecko będzie miało niemałe kłopoty w życiu przez świetny pomysł jego rodziców – aczkolwiek podobno ojciec małego Adolfa jest zaskoczony zamieszaniem wokół jego syna.

    Rodzice oczywiście bronią swojego pomysłu – “To przecież nie znaczy, że mały jak dorośnie zrobi to co on (Hitler) zrobił”, “Imię to tylko imię” itp. – ale skoro to “to tylko imię”, to czemu tak silili się na oryginalność?

    Mam wrażenie, wcale nie odosobnione, że ludzie tak bardzo starają się być oryginalni, że staje się to celem samym w sobie, bez zwracania uwagi na wszelkie konsekwencje tej oryginalności. Tata Adolfa mówi “ludzie muszą zaakceptować to imię”, a ja ironicznie odpowiem “ta, jasne, przecież ludzkość znana jest z powszechnej akceptacji”. Samemu ubierając się w dziwne ciuchy, stawiając irokeza i malując go na różowo człowiek jest w pewien sposób świadom konsekwencji, ale skazywać dziecko na życie będąc wytykanym palcami przynajmniej do 18-go roku życia…?

    Dodam jeszcze, że rodzice dziecka mają bogate doświadczenie w kwestii nonkonformistycznych pomysłów: córkę nazwali JoyceLynn Aryan Nation, a dwa lata temu chcieli zamówić tort ze swastyką (wiem, można argumentować że to starohinduski symbol, ale przykład nadania dziecku imienia Adolf Hitler pokazuje, że raczej o to nie chodziło).

    Żeby nie było – jak ludzie chcą być oryginalni, to proszę bardzo. Jeśli czują się dobrze w skórze i łańcuchach – good for them. Jeśli ludzie ubierają się w ciuchy które ewidentnie nie pasują do ich figury – dzięki, poczuję się trochę lepszy względem gustu i krytycznego spojrzenia na własne ułomności. Ale epatowania swoją oryginalnością nie trawię, zwłaszcza jeśli wchodzi w grę przekładanie swoich ambicji na inne osoby.

    Źródło: Yahoo

     
  • Leszek Krupiński 13:52 on 2008-12-02 Permalink | Reply
    Tags: komórka, n97, nokia, telefon   

    Stary/nowy gracz 

    W moich poszukiwaniach idealnej komórki, po wstępnym przemysleniu kwestii iPhone/Android, z odsieczą biegnie Nokia. Dopiero co ogłoszony model N97 może spełniać moje wymagania – wygląda dosyć zgrabnie, ma klawiaturę QWERTY, ma ekran dotykowy, OSem nie jest Windows, ma GPS (zabawka, ale czasem przydatna)… Jeszcze nie mam żadnych doświadczeń z Symbianem, słyszałem narzekania użytkowników na jego prędkość, ale w tym momencie, bez first-hand experience, nie będę nic przesądzał. Problemem może być cena – na ten moment przewidywana ilość pieniędzy jaką trzeba będzie wyłożyć na N97 to 550 Euro. Złotówka teraz kiepsko stoi, więc to mało atrakcyjna wizja. Nowy model ma być w sklepach na początku przyszłego roku, podobnie jak G1 w Europie – wtedy można będzie bardziej bezpośrednio porównać te telefony.

    Ostatnio trochę doprecyzowałem do czego, oprócz dzwonienia i SMSowania, bym chciał używać komórki – przede wszystkim do wygodnego awaryjnego internetowania (WWW, email). Do tego celu istotny jest duży wyświetlacz, przydaje się też mazianie paluchami po ekranie (zabawa w scroll/zoom guziczkami jest męcząca). Korzystam też czasem z Google Maps przez Java’owego klienta. Chciałbym też ostatecznie rozwiązać problem synchronizacji kontaktów (w tym momencie mam telefon SE, synchronizowany z Outlookiem via fMA, co sprowadza się do nadpisywania kontaktów w jedną albo drugą stronę).

    Na koniec specyfikacja N97 i film demonstracyjny:

    • 3.5 inch 16:9 640×360 pixels resolution display
    • Integrated 3G wireless radio
    • Integrated 802.11 b/g WiFi
    • Integrated Bluetooth 2.0
    • Integrated GPS receiver with A-GPS support
    • 5 megapixel camera with Carl Zeiss optics
    • 32GB onboard flash memory with microSD for adding 16GB more
    • 3.5mm headset jack
    • microUSB port used for both syncing and charging
    • Haptic feedback
    • 1500 mAh battery

     
    • Mikołaj 14:04 on 2008-12-02 Permalink | Reply

      A myślałeś o jakimś urządzeniu HTC z ekranem dotykowym, działającym na Windows Mobile?
      1. Awaryjne internetowanie działa całkiem dobrze — korzystam z Opery Mobile i poza naprawdę wymyślnymi cudami AJAX-owymi reszta wygląda właściwie tak samo, jak na pececie.
      2. Duże wyświetlacze są, choć to oczywiście kwestia gustu, mnie tam mój SPV M650 wystarcza.
      3. Mizianie po ekranie – generalnie są rysiki, ale większość rzeczy da się zrobić paluchem, chyba że masz łapy jak podolski złodziej ;)
      4. Java ofkors jest, aczkolwiek prywatnie nie używam.
      5. Synchronizacja z Outlookiem bezproblemowa, na pokładzie masz zresztą komórkową wersję MS Office, więc idzie dokumenty poczytać, a nawet samemu coś skrobnąć.

      Dodatkowego oprogramowania też jest trochę, zarówno darmowego, jak i płatnego. W zależności od modelu możesz też mieć na pokładzie GPS, który działa naprawdę przyzwoicie. Last but not least: na sprzęcie pod Windows Mobile można odpalać Pocket Heroesów ;o)

    • Leszek Krupiński 14:20 on 2008-12-02 Permalink | Reply

      @mikołaj
      Myślałem o Windows Mobile, ale wstępnie to odrzuciłem ;) Nie wykluczam zmiany zdania, ale w kwestii usability mi średnio pasują. Żeby nie było, mam PDA na Windows Mobile, ale nie jestem do końca zadowolony. Główny zarzut to jednak brak możliwości pracy bez rysika – standardowe UI windowsów ma elementy tak małe, że trzeba się gimnastykować żeby trafić w odpowiednią pozycję menu czy przycisk. Z kolei powiększanie tych elementów, przy standardowym UI, jest marnotrawstwem miejsca :)

      Jeśli Windows by został przeprojektowany całkowicie, a nie tylko fasadowo (jak np. to robi Samsung w Omniach), to może by coś z tego było :) Ale zobaczę jeszcze, może zmienię zdanie.

    • Zbigniew 'zibi' Jarosik 15:35 on 2008-12-02 Permalink | Reply

      Ja czekam na SE Xperia X1. Owszem, Windows Mobile. Ale ekran i klawiatura zapowiadają się miodnie. Poza tym słyszałem plotki (plotki tylko na razie!), że ktoś już testował flashowanie tego na Androida.

    • lrem 17:26 on 2008-12-02 Permalink | Reply

      Od Google Maps lepsze są Nokia Maps. Serio.

      Poza tym nie zauważyłem jakichś problemów z szybkością działania Symbiana. Do tego jest bardzo stabilny. Gorzej, gdybyś chciał trochę softu powgrywać, tutaj już jesteś trochę w plecki. I niech Cię Bóg broni przed myślami o pisaniu własnego… Symbian to jest w sumie system do telefonów z podczepionymi jako tako funkcjami PDA. Odwrotnie niż Windowsy, Androidy i inne japka.

    • Leszek Krupiński 08:17 on 2008-12-04 Permalink | Reply

      @lrem nie widziałem Nokia Maps, ale czy przypadkiem za to nie trzeba płacić? ;-)

      Symbian – ile ludzi tyle opinii. Co do pisania własnego softu podobnie – nawet dzisiaj widziałem komentarze, że piszę się w tym bardzo fajnie.

      Zobaczymy czy sprzęt N97 wydoli utrzymywanie bajerów, które zaplanowali – niedawno widziałem filmik prezentujący zdaję się Nokia Tube i już tam było widać, że się przycina na niektórych animacjach.

    • Mikołaj 09:38 on 2008-12-17 Permalink | Reply

      Hmmm… sporo rzeczy robię bez rysika, ale to może być kwestia gustu / zastosowań. Co do przeprojektowywania – są nakładki, z których czołowe miejsce zajmują te ze stajni SPB. O ile na moim SPV to nie zdaje egzaminu (to jednak starszy model i ma trochę mało RAM-u na takie rzeczy), o tyle na nowszych telefonach nie powinno sprawiać problemu. O ile będzie Ci odpowiadać, rzecz jasna. Przy okazji mogę polecić Ci programy SPB, kilka jest naprawdę niezastąpionych. Niestety, nie są darmowe, ale jak ktoś się uprze, to w sieci znajdzie też wersje “freeware” — chyba jak w większości przypadków.

  • Leszek Krupiński 08:36 on 2008-09-24 Permalink | Reply
    Tags: kurier, ups   

    Kurier na wynos 

    Rzadko, ale czasem mam potrzebę skorzystać z usług firmy kurierskiej “z drugiej strony”, czyli coś wysłać. Kiedyś wysyłałem PDA do naprawy, ale to była procedura inna niż zwykle (dostałem gotową etykietkę na pudełko itp), tym razem po prostu potrzebowałem wysłać dokumenty do innego miasta, mając w miarę pewność, że dotrą w skończonym czasie.

    Postawiłem na firmę UPS. Chciałem być nowoczesny, więc wszedłem na ich stronę, zarejestrowałem się, wpisałem dane moje, dane odbiorcy, typ przesyłki, zatwierdziłem. Przyszedł do mnie email z informacją, że… przesyłka została wysłana. Wydało mi się to ciekawe, jako że dokumenty leżały u mnie na biurku. Nic to, pomyślałem, i zastanawiałem się co zrobić, żeby kurier się u mnie pojawił. Liczyłem na to, że kliknę “proszę być u mnie po południu” i kurier pojawi się z kopertą opatrzoną gotową nalepką adresową. Ach jak się myliłem.

    Na stronie odszukałem, że żeby kurier mnie odwiedził, muszę “skontaktować się z lokalnym centrum obsługi”. Tak też zrobiłem. Dryń dryń, melodyjka, przecisnąłem się przez menu i pan po drugiej stronie powitał mnie miłym “poproszę o numer klienta”. Nie wiedziałem o co mu chodzi, więc odparłem, że numeru nie mam, co najwyżej login ze strony WWW. Nie o to mu chodziło, więc przeszliśmy do meritum. Od raz zaznaczyłem, że jest nieobeznany z procedurą, ale chciałbym wysłać list, i nawet na stronie WWW już wypełniłem co trzeba. Jak się okazało, całą zabawę przez internet można było sobie darować, bo pan poinformował mnie, że “strona www niestety nie jest taka jak być powinna, nad czym ubolewają” – w skrócie, mogę sobie tam klikać, ale i tak to mi nic nie da. Dalej procedura była standardowa: adres, typ paczki, kurier będzie przed 18-tą, do widzenia. Kurier był, nawet sporo przed 18-tą, drobnych nie miał więc miałem krępującą sytuację, w czasie której próbowałem wyciągnąć monety ze świnki-skarbonki. Pan kurier powiedział, że takie gotowe naklejki to można robić tylko jak się jest firmą i pan handlowiec zainstaluje program do tego. Firmą nie jestem, do tego pewnie trzeba mieć jakiś sensowny ruch w kontaktach z UPS, więc moje marzenia o XXI spełzły na niczym.

    Na pocieszenie dodam, że dokumenty doszły bezpiecznie i na czas.

    Tego samego dnia z ciekawości postanowiłem sprawdzić jak sprawa wygląda w DHL. Od razu powitał mnie komunikat błędu:

    Warning: oci_pconnect() [function.oci-pconnect]: _oci_open_server: ORA-12500: TNS:listener failed to start a dedicated server process in c:\Inetpub\wwwroot\app\ONLINEBOOKING\settings.inc.php on line 142

    Doszedłem do wniosku, że wolę technologie może mniej nowoczesne, ale przynajmniej pewne.

     
    • rumyan 22:50 on 2008-12-12 Permalink | Reply

      Podobna sytuacja, trochę z innej beczki.
      Jako, że kończy się obecny rok, a w zasadzie nie ma znaczenia, który rok się kończy. Po prostu kończy się rok, więc w drukarni nie da się wydrukować za wiele jeśli się nie ma zamówionego terminu.
      Ponieważ miałem pilną rzecz do wydrukowania a moja ulubiona drukarnia miała troszkę większe zamówienie musiałem szukać innej. W poniedziałek z samego rana zadzwoniłem więc do zaprzyjaźnionej drukarni w Warszawie. Ku mojemu zaskoczeniu, właściciel powiedział, że jeśli prześle zamówienie do południa rano mogę odebrać wydruki.
      Standardowo – włączyłem ich stronę, wypełniłem wszystkie (!) pola formularza (a jest ich sporo) wysłałem – i git.
      Na potwierdzenie oraz bym się cieszył jeszcze bardziej dostałem pięknego maila, że zamówienie zostało przyjęte.
      W zamówieniu podałem adres odbiorcy do którego kurier miał dostarczyć paczkę więc uznałem temat za zamknięty. Niestety, po dwóch dniach zadzwonił do mnie owy odbiorca, który paczki z drukami się nie doczekał.
      Zadzwoniłem więc do drukarni z pytaniem, dlaczego nie wysłali mojego zamówienia!?
      W odpowiedzi, pan z drukarni poinformował mnie, że ten formularz na stronie to nie działa od jakiegoś czasu i zamówienia trzeba przesyłać mailem. Właśnie pracują nad nową stroną.
      hmm, poprosiłem jedynie żeby wyłączyli ten formularz, żeby nikt nie miał takiej przygody jak ja… Ponoć zostało przekazane to informatykom…
      Widocznie mają doby dział IT, formularz cały czas wisi.

c
compose new post
j
next post/next comment
k
previous post/previous comment
r
reply
e
edit
o
show/hide comments
t
go to top
l
go to login
h
show/hide help
esc
cancel