Updates from September, 2010 Toggle Comment Threads | Keyboard Shortcuts

  • Leszek Krupiński 13:32 on 2010-09-25 Permalink | Reply
    Tags: finanse, gazeta prawna   

    Demagogia, czyli jak liczyć, żeby wyszło na nasze 

    Z dzisiejszego artykułu w Gazecie Prawnej pt. “Kosztowny niewypał z elektroniczną bransoletą“:

    URZĄDZENIA SYSTEMU DOZORU elektronicznego kosztowały 22 mln zł. Ale z tzw. bransoletek skorzystały tylko 223 osoby. Zamiast oszczędzać, państwo płaci 100 tys. zł na skazanego!

    Jeśli tak – to ja przebijam. Stadion narodowy kosztował już pewnie z 200 mln zł (planowany całkowity koszt to ok. 1,5 mld zł), skorzystało z niego jak na razie 0 widzów, to znaczy że stadion to koszt nieskończoność zł na widza!

    Według informacji z tego samego artykułu, miesięczny koszt operacyjny to 750 tys. zł. Dzieląc to na aktualnych 223 skazanych korzystających z systemu, wychodzi ok 3,4 tys. zł miesięcznie – w porównaniu do pięciu tysięcy na zwykłego więżnia, to jest już zysk. Zapewne przy zwiększeniu ilości więźniów z “obrączkami” koszt na osobę będzie się rozkładał jeszcze korzystniej. A że jest koszt wejścia… zawsze jest. Im dłużej to będzie działało, tym sensowniejszy będzie wynik finansowy.

    Można się przyczepić, że długo to trwało, że ten wspomniany koszt wejścia jest zbyt duży (ale czy na stworzenie dużego systemu tej klasy 22 mln zł to faktycznie tak dużo?), ale takie wyliczenia są po prostu durne.

    Kosztowny niewypał z elektroniczną bransoletą

     
  • Leszek Krupiński 12:51 on 2010-09-11 Permalink | Reply
    Tags: fakty, , , tusk, tvn, wyjazd   

    Priorytety medialne 

    Kolejna choroba w Polsce: media, które mają dziwne priorytety. Tusk pojechał w podróż po krajach Azji południowo-wschodniej, co może sporo dać w kwestii wymiany handlowej. Jakkolwiek mamy długą historię pozytywnej współpracy gospodarczej z Indiami czy Wietnamem, ostatnio się nieco w tej kwestii zapuściliśmy. I co? W “Faktach TVN” materiał o tym jakim samochodem jechała delegacja rządowa. Już w “Dzień dobry TVN” materiał był bardziej merytoryczny – rozmowa o faktycznych potencjalnych korzyściach z wyprawy, ale nagłówek był już typowy – “Egzotyczna wyprawa Tuska” (czy coś takiego), podkreślający tylko nagonkę na wyjazdy zagraniczne polskich delegacji, rozpoczętą przy okazji wyjazdu do Ameryki Południowej (która nota bene żadnych efektów, poza kurtuazyjnymi, nie miała).

    W gazetach na temat wyjazdu – nic, albo prawie nic. Wiadomości w telewizji publicznej oglądam rzadko, więc nie mam porównania, ale poziom stronniczości doboru informacji skutecznie mnie zniechęcił do oglądania ich programów informacyjnych.

     
  • Leszek Krupiński 20:38 on 2010-09-10 Permalink | Reply
    Tags: facebook, ,   

    Interpolityka 

    Znawstwo polityki w wydaniu internetowym (a szczególnie – blogowo-portalospołecznościowym) mnie rozbraja. Już dawno straciłem jakąkolwiek ochotę na wdawanie się w dyskusje. Już nawet nie chodzi o orientację w temacie, czy o różnice poglądów (które szanuję, o ile jest to faktycznie kwestia światopoglądowa, a nie doktrynalna) – a raczej o zdolność wymiany poglądów na poziomie późnej piaskownicy. Cała debata odbywa polega na przerzucaniu się mądrościami w stylu “Wy nie robicie tego czego TVN24 nie kazała zrobić”

    Przykład? Przed chwilą zajrzałem na fejsbukowy fan-page, który – jak zrozumiałem – miał grupować ludzi zachęcających PO do pozytywnego działania. I kto tam jest? 90% wypowiedzi to ewidentnie ludzie pro-PiSowscy, wyrażający swoje frustracje poprzez patrzenie z góry na innych, najwyraźniej “gorszych”. Tu dochodzą też oczywiście komentarze ukazujące orientację w sytuacji politycznej kraju na poziomie nagłówków z “Faktu”, ale to już zupełnie inna kwestia.

    Przejrzałem sporo wpisów na tym fan-page’u, i chciałem zacytować wypowiedzi obu stron, pokazujące negatywne wypowiedzi, ale serio, nie byłem w stanie znaleźć, ze względu na przeładowanie pro-platformerskiej strony wypowiedziami stronników PiS. Znalazłem o PO: “lemingi”, kapitalizowanie liter “PO” w każdym słowie (“POpaprańcy”), robienie dramatu z podwyżki VAT o 1%, dialektyczne dyskusje nt. czy PO jest liberalna a czy PiS socjalistyczne…

    Żeby nie było, że jadę po “pisowcach” – w drugą stronę to na pewno też działa. Aczkolwiek… PiS nie daje nawet żadnej szansy na skomentowanie ich działań politycznych, bo działalność partii ogranicza się do okolic Smoleńska i Krzyża, a oceny rządów Kaczyńskich są idealizowane ponad zdrowy rozsądek.

    (chciałem napisać notkę o Wojnie Krzyżowej, ale jak czytam – a to by było niezbędne do stosownego przygotowania tematu – o tym temacie to mną telepie, więc chyba sobie daruję)

     
    • sziwan 21:30 on 2010-09-10 Permalink | Reply

      Nawet za rządów PiS-u ciężko było o jakikolwiek sensowny komentarz bo większość (w większym stopniu w mediach tradycyjnych nawet) sprowadzała się do pitolenia o języku nienawiści i państwie policyjnym :)

      • Leszek Krupiński 21:33 on 2010-09-10 Permalink

        Co fakt to fakt. Ale może to dobrze, że państwo wirtualnie policyjne było największym problemem? A może źle, bo to znaczy że całej masy rzeczy opinia publiczna nie wie?

  • Leszek Krupiński 13:38 on 2010-04-01 Permalink | Reply
    Tags: policja   

    Bij policjanta 

    Nie wiem, czy to, co w artykule “Polowanie na policję” przedstawił Newsweek (12/2010) to dowód na nagłe zwiększenie się ilości aktów brutalności przeciwko policjantom (z ośmiu przedstawionych przypadków z ostatniego miesiąca miesiąca na przykład dwa to ataki przez włamywaczy samochodowych – a ich za reprezentantów młodzieży bym nie brał), ale coś jest na rzeczy. I chodzi tu o rzucenie brzydkiego słowa do pana w mundurze, ale o brutalne, zbiorowe, często zaplanowane ataki, wparowywanie na komisariat z siekierą (!).

    Coraz bardziej czuję, że się starzeję, bo “za moich czasów” takiej masowej nienawiści do wszystkiego w mundurze nie było. Owszem, były napisy “HWDP” na ścianach (tak, wtedy jeszcze “H”, nie “Ch”), ale to były wybryki kojarzone raczej z blokersami, których wtedy było niewiele – a na pewno nie była to dominująca grupa. Tymczasem obecnie każdy kto słucha hip-hopu czuje się w obowiązku pluć na policję.

    Źródła tej nienawiści są nie do końca określone. To raczej dogmat. Pies jest psem bo jest psem. Oczywiście podstawowym źródłem tych zachowań jest “kontestacja aparatów władzy”, jak by to można ładnie nazwać – ogólnie chodzi o to, że policja psuje zabawę. Bo przecież wiadomo, że rzucanie śmietnikami w autobusy jest bardzo ciekawe, natomiast policjant przychodzi i zabrania. Dlatego policjanta takiego trzeba dźgnąć nożem – stało się tak w lutym na warszawskiej Woli, jak pewnie wszyscy wiedzą. Ale zabranianie zabawy śmietnikami to bardzo mocny powód do napaści – a wystarczą dużo słabsze. Na przykład w Szczecinie trójka 20-latków zasadziła się na policjanta po służbie, bo ten kilka dni wcześniej ich… wylegitymował.

    Według artykułu z Newsweeka, osoby stawiające się Policji zyskują poklask otoczenia, zwłaszcza na forach internetowych. Może i tak jest, ale trzeba pamiętać, że w Polsce grupa gangsta z gimnazjów, “white niggerów” czy innych pozerów jest wyjątkowo rozbudowana, a grupy te znane są z tego, że są mocne w gębie. I fakt, robią różne głupoty dla poklasku – bo przecież to istota pozerstwa – ale czy oni faktycznie by się zdobyli na jakieś bardziej oficjalne akty społecznego nieposłuszeństwa – nie sądzę.

    Ale problem moim zdaniem jest. Z tymi, którzy nie siedzą na forach internetowych, tylko przed blokami. Którzy irytują wszystkich dookoła, ale wszyscy boją się im zwrócić uwagę. Którzy nie mają autorytetów, nie boją się konsekwencji, nie myślą o niczym. Dr hab. Jacek Kurzępa, socjolog młodzieży, mówi:

    Młodzi nie mają jeszcze wyrobienia przestępczego, żeby móc dozować agresję, żeby skalkulować, że wcale nie trzeba kogoś zabijać, aby osiągnąć pożądany skutek. Aby dokonać rabunku, wystarczy często postraszyć nożem. Młody zaś, gdy wyciąga nóż, gotów jest go naprawdę użyć.

    Daruję sobie teraz dywagowanie “czemu tak jest?” czy komunały “a gdzie są rodzice?”, “w szkole już niczego nie uczą!”, czy bzdury jak “to wszystko przez gry komputerowe”.

    Nie ma możliwości ingerencji w sposób wychowania dziecka w domu, a raczej jego braku. A jeśli jest jak jest, to trzeba zadziałać z innej strony. Ministerstwo Sprawiedliwości, po głośnym przypadku zadźgania policjanta przeszkadzającego w rzucaniu koszem na śmieci, szybo przygotowało projekt ustawy zaostrzającej kary za ataki na funkcjonariuszy. Tylko czy to coś da? Moim zdaniem nie. Jeśli ktoś wyciąga nóż – nie ważne czy to na policjanta czy na zwykłego przechodnia – to mu nie robi różnicy, czy za zabójstwo będzie siedział 20 czy 25 lat. Bo nie myśli o konsekwencjach – taka już jest radosna mentalność dzieci, czy to pięcio-, czy dwudziestopięcioletnich (dlatego właśnie jak dziecko podpali dywan, rodzic pyta “Czy ty myślałeś co może się stać?!”, a odpowiedź jest zawsze ta sama – nie, nie myślał). Za to bardzo sensowna jest druga część propozycji – otóż Ministerstwo sugeruje, aby osoba pomagająca policjantowi, która przekroczy granice obrony koniecznej, była chroniona tak, jak funkcjonariusz publiczny. I w drugą stronę – osobie atakującej takiego “pomocnika” będą przedstawione zarzuty napaści na funkcjonariusza publicznego.

    Teraz przykład z drugiej strony. W Słupsku dzielnicowy jest oskarżony o pobicie trzech młodzieńców. W żadnym wypadku nie popieram maltretowania zatrzymanych na posterunkach – bo to nikomu na dobre nie wychodzi, poczynając od skojarzeń z MO, na dawaniu powodów gówniarstwu skończywszy. Nie ma też żadnych obiektywnych relacji jak cała sprawa wyglądała – wiadomo, że policja interweniowała w sprawie grupy wyrostków, którzy ciągle siedzieli na klatce schodowej, niszczyli budynek – generalnie to, co robią blokersi, a przeciwko czemu mało kto się sprzeciwia, bo po prostu ludzie się boją; gówniarzy zatrzymano, a po wypuszczeniu, jeden z nich poskarżył się rodzicom, że policjant bił ich pięścią po twarzy. Czemu wspominam o tej sprawie? Bo jest takie powiedzenie: “chcesz komuś przyłożyć, walnij policjanta – nie odda”. Policjant powinien z dzieciątkami obchodzić się jak z kwiatuszkami, a nie mam wątpliwości, że rodzice tych blokersów uznają swoje dzieci za najświętsze. Tutaj dzielnicowy “oddał” (zakładając, że reagował na zachowanie gówniarzy) – i ma za swoje. Czekać tylko, aż na dzielnicowego i pozostałych trzech policjantów biorących udział w sprawie “ktoś” napadnie, i będzie kolejna szopka w TV.

    Chciałbym, żeby policjanci swobodnie działali w granicach prawa – żeby mogli stosować reakcję proporcjonalną do akcji, albo nawet minimalnie powyżej (serio, nie mam nic przeciwko rzuceniu na glebę i skuciu bezczelnego gówniarza). Szkoda tylko, że każda zasada będzie naginana przez psychopatów, którzy zawsze się wcisną gdzie nie powinni…

     
    • Kamil 22:45 on 2010-07-27 Permalink | Reply

      Cytujac:
      ‘Tymczasem obecnie każdy kto słucha hip-hopu czuje się w obowiązku pluć na policję.’

      Nie każdy. To raz.
      Dwa że nie słucha się HH tylko rapu.
      Trzy zbyt ogólnie traktujesz słuchaczy.
      Taka już mentalność ludzka. A wystarczyło dopisać “pewna część osób..”

      Pozdrawiam

      • Leszek Krupiński 07:38 on 2010-07-28 Permalink

        Wiem, że nie każdy. Jeśli nie zauważyłeś, było to przejaskrawienie celowe. Fakt, mogłem dodać cudzysłów wokół ‘każdy’ – ale liczyłem, że to oczywiste. Jeśli się przeliczyłem, to przepraszam.

        A kwestia HH/rap – wybacz, przestałem śledzić na bieżąco postępy debaty publicznej nt. ‘co to jest hh a co rap’. Potraktuj to jako skrót myślowy, rozwijający się do ‘każdy, kto słucha muzyki z kręgu kultury hh’.

        Podkreślę – tak, mam świadomość, że nie każdy gówniarz siedzi na klatce schodowej, słucha o ‘szarej zajebanej rzeczywistości’ i wyrywa deski z ławek w parku albo maluje bohomazy na nowych blokach. A jeśli dodatkowo są normalni ludzie słuchający rapu, to bardzo się cieszę.

    • Kamil 22:35 on 2010-09-24 Permalink | Reply

      Nie przepraszaj, po prostu w taki sposób tworzy się opinia o osobach dla których HH jest całym życiem, ale które znają inne wartości moralne i się ich trzymają.
      Ty masz to za oczywiste, ja nie. Dlaczego? Bo skoro to jest oczywiste to pokaż to jeszcze w bardziej oczywisty sposób, aby nie tylko dla Ciebie było oczywiste.

      No tego rapu to czepiać się w sumie nie powinienem, tak tylko zwróciłem uwage.

      Ja również się ciesze i żal mi ludzi, którzy jak to ująłeś “siedzi na klatce schodowej, słucha o ‘szarej zajebanej rzeczywistości’ i wyrywa deski z ławek w parku albo maluje bohomazy na nowych blokach. ”

      Pozdrawiam

  • Leszek Krupiński 14:37 on 2010-03-02 Permalink | Reply
    Tags:   

    Procedury Poczty Polskiej 

    Poczta Polska gra w bardzo ciekawą grę pt. “Zgadnij co zrobię z poleconym” – niestety nie znam zasad tej gry. Możliwe, że ich nie ma, a zachowanie jest losowe, ew. jest powiązane z regułą najmniejszego wysiłku.

    W ciągu ostatnich kilku miesięcy listonosze przestali się bawić w doręczanie listów poleconych do rąk własnych, jak by można po liście poleconym się spodziewać, ale po prostu wkładali je do skrzynek na listy. Owszem, można sobie zażyczyć taką usługę poprzez wypełnienie na poczcie stosownego formularza – ma to sens jeśli na przykład w godzinach wędrówek listonoszy nigdy nie jest się w domu, a adresatowi nie przeszkadza że listy te trafią do skrzynki. Tylko że ja żadnej takiej prośby nie wyrażałem!

    Swego czasu stałem w kolejce na poczcie po odbiór awizowanego listu (kolejki na poczcie to rzecz nieśmiertelna – są zawsze), i słyszałem pana, który skarżył się kierowniczce, że on składał oświadczenie, że chce żeby jego polecone trafiały do skrzynki, a listonosz uparcie zostawiał awizo.

    Jest jeszcze trzecia opcja w pocztowej grze – awizo w skrzynce, nawet jeśli cała rodzina była w domu, wiec argument “mieszkanie zamknięte” (tak ostemplowywane są na poczcie przesyłki, jeśli listonosz nie zastał nikogo pod adresem docelowym) brzmi śmiesznie (nota bene z argumentu tego korzystają bardzo często niewyrabiający się z dostawami kurierzy). Któregoś razu moja rodzicielka wracając do domu trafiła na listonosza, który zostawił przed chwilą awizo – okazało się, że on nawet nie wziął przesyłki ze sobą z poczty. W takiej sytuacji fakt, ciężko przesyłkę dostarczyć, jeśli się jej fizycznie nie ma.

    Powiedzmy że rozumiem, że listonosze się nie wyrabiają, mają ciężkie torby, muszą przez błoto i deszcz doręczać przesyłki, ale to nie mój problem – ja (czy też ktokolwiek inny, wysyłający do mnie listy) płacę za konkretną usługę, i oczekuję jej realizacji. Nie obchodzi mnie, że ktoś ma bajzel w papierach i nie wie do kogo doręczać polecone do rąk własnych, a do kogo trzeba podreptać na 10-te piętro. Nie obchodzi mnie, że listonosze nie wyrabiają się z terminami, i żeby zaoszczędzić czas nie drepczą na te 10-te piętro. Jeśli jest za mało listonoszy a PP nie stać na zatrudnienie nowych, to albo usługi pocztowe są zbyt tanie, albo nasz monopolista jest źle zarządzany (ciekawe czemu instynktownie czuję która odpowiedź jest prawidłowa?).

    Podsumowując, ta firma, ze swoim poziomem usług, musi paść.

    Przy okazji polecam lekturę artykułu “e-biznes z pocztą polską – dramat w kilku aktach!” na AntyWebie, gdzie opisane są perypetie biznesowego klienta PP.

     
    • Galford 21:13 on 2010-03-02 Permalink | Reply

      skąd ja to znam :) swojego czasu listonosz nie przynosił mi paczek mimo iż byłem w domu. Po mega awanturze na poczcie zaczął przychodzić :)

      Ciekawi mnie jedna sprawa, że na gębę dają listy polecone np. na klatkach. Nie sprawdzą dokumentu czy ktoś mieszka w danym lokalu, tak odebrałem list do mojej lubej.

      No i jeszcze najlepsza rzecz w PP. ONI NIE ODPOWIADAJĄ ZA PRZESYŁKI!!!
      To kto? Ja? :)
      Dlatego od dłuższego czasu wolę zapłacić kilka zł więcej za kuriera i mieć święty spokój i pewność, że paczka dojdzie :)

    • kac 21:55 on 2010-03-02 Permalink | Reply

      W ramach obrony PP to czasem, jest tak, ze powtórne awizo niesie bez listu i wtedy przypadek Twojej mamy moze miec miejsce. ALe zasadniczo nienawidze pp i juz sie nie moge doczekac normalnej konkurencji. ;)

      • Leszek Krupiński 22:14 on 2010-03-02 Permalink

        Nie, to było pierwsze awizo. Gdyby było powtórne, bym się nie czepiał ;) No, chyba że by to było awizo powtórne w sytuacji, gdy pierwszego nikt na oczy nie widział – a tak też się zdarza ;)

  • Leszek Krupiński 12:26 on 2010-02-05 Permalink | Reply
    Tags: alkohol, europa, polska   

    Preferencje alkoholowe 

    Trafiłem ostatnio na ciekawą mapkę, pokazującą preferencje alkoholowe w różnych krajach Europy:

    Legenda:

    Czerwony Wino
    Żółty Piwo
    Niebieski Wódka

    Mapa jest o tyle ciekawa, że można z niej próbować wyciągać różne wnioski (zakładając oczywiście, że jest ona poprawna). Na przykład, można uznać, że wino jest popularne tam, gdzie mogło być faktycznie uprawiane (południe kontynentu), a z kolei wódka jest lubiana tam, gdzie jest zimno. Ciekawi mnie podział Polski na strefy wódki i piwa. Możliwe, że na piwną strefę zostały wyznaczone tereny “Ziem Odzyskanych“, gdzie teoretycznie tradycyjne niemieckie zamiłowanie do piwa może mieć głębsze korzenie, ale de facto te tereny obecnie zamieszkują ludzie przesiedleni z Kresów, Bieszczad itp. Bardziej sensowne dla mnie by było wytyczenie linii granicznej wódka-piwo na granicy zaboru rosyjskiego. Niestety nie mogę teraz tego nigdzie odszukać, ale czytałem gdzieś, że w Polsce generalnie wódka jako-taka nie była bardzo popularnym trunkiem, a rozkwit jej popularności przypadł właśnie na lata zaborów i później PRLu.

    Tak czy tak – mapa jest ciekawa.

     
    • WW 11:38 on 2010-02-06 Permalink | Reply

      Autorzy mapy pewnie byli pijani jak ją preparowali ;-)

    • MK 13:36 on 2012-02-11 Permalink | Reply

      A mnie ciekawi, jak to jest możliwe, że w legendzie brakuje np. whisky. Na Wyspach na przykład, wódka wcale nie jest popularna. Mam wrażenie, że twórca tej mapki popełnił podstawowy błąd wrzucając wszystkie wysokoprocentowe alkohole w kategorię wódki.

  • Leszek Krupiński 13:07 on 2009-07-22 Permalink | Reply
    Tags: kdt, Warszawa   

    KDT w gazie 

    Centrum Warszawy

    Centrum Warszawy

    Kupieckie Domy Towarowe to bardzo ciekawe zjawisko. Powstały jako kontynuacja eksplozji przedsiębiorczości z początku lat 90-tych, czyli łóżek polowych i “szczęk” rozstawionych na placu Defilad, ścisłym centrum Warszawy. Kilka lat później, w 2001 roku, ówczesny prezydent Warszawy Paweł Piskorski oddał stowarzyszeniu kupców teren pod targowiskiem w dzierżawę, i na tym terenie powstały hale KDT – i oczywiście zostało to okrzyknięte sukcesem współpracy samorządowców ze społeczeństwem. Lech Kaczyński, w czasie swojej kadencji na stanowisku prezydenta Warszawy, bez żadnej dyskusji przedłużył dzierżawę. Ale wszyscy wiedzieli, że taka blaszana buda w środku dwumilionowego miasta stać nie może.

    Jako że jest to blog prywatny a nie telewizja z misją, nie będę ukrywał mojego nastawienia do całej sprawy. Nie będę ukrywał, że łamanie prawa powinno być odpowiednio ukarane.

    (More …)

     
    • sziwan 14:51 on 2009-07-22 Permalink | Reply

      Wszystko, tylko nie „kupcy”. Kupcy to mieli własne kamienice na Długiej w Gdańsku.

    • Leszek Krupiński 02:00 on 2009-07-23 Permalink | Reply

      @sziwan: fakt, przepraszam. Poddałem się promowanej w mediach manierze. Motłochu rzucającego cegłówkami kupcami nazwać się nie da.

    • ptecza 12:27 on 2009-07-23 Permalink | Reply

      Jak to łatwo wymądrzać się w Internecie i obrażać innych… Jakie to bezpieczne… Idź, powiedź prosto w oczy ludziom z KDT, co o nich myślisz, bohaterze z frazesami o prawie na ustach.
      Jeśli nie podobają Ci się ciuchy z KDT i Cię stać na droższe, to nie kupuj ich. To proste. Sam też tam nie chodzę na zakupy, ale jestem w stanie zrozumieć, że w Warszawie jest mnóstwo ludzi, których nie stać na droższe. Dlatego chodzą do KDT, na Stadion czy inne bazary.
      Miasto, a właściwie HGW, łaski ludziom nie robi. Śmierdzą jej pieniądze z KDT? Ciekawe skąd wezmie teraz te miliony, które co roku wpadały do miejskiej kasy. Taka bogata ta Warszawa, że lekką ręką pozbywa się tych pieniędzy? Pewnie dlatego miasto tonie w długach, skoro ma takich “gospodarzy”…

    • Leszek Krupiński 08:44 on 2009-07-27 Permalink | Reply

      @ptecza: Jak łatwo siedząc przed komputerem rozprawiać o tym, że to bardzo dobrze, że ludzie z KDT zrobili rozpierduchę – coś, czego samemu by się nie zrobiło. No chyba że jak by Cię zwolnili z pracy, to byś się zabarykadował w pokoju i rzucał cegłówkami w prezesa?

      “Frazesy o prawie”? Przestrzeganie prawa to frazes? Słabo mi… I całe szczęście, że nie muszę nikomu mówić o konieczności przestrzegania prawa – jeśli ktoś nie wie tego od małego, to od przypominania jest policja.

      Nikogo nie obrażam – nazywam rzeczy po imieniu. Jeśli ktoś łamie prawo i robi chuligańskie zadymy w sytuacji, gdzie policja chce egzekwować to prawo, to nie jest żadnym kupcem, żadnym “obrońcą miejsc pracy” – jest chuliganem. Jeśli ktoś się czuje obrażony, to może niech przedstawi swój wywód pokazujący w jaki to sposób chuliganem nie jest.

      Co do cen: KDT nie było tanie, więc argument o cenie jakoś do mnie nie przemawia.

      No i co to za argument “śmierdzą jej pieniądze z KDT”? Może Miasto niech wynajmie ratusz agencji towarzyskiej, bo przecież pieniądze nie śmierdzą. I nie, nie HGW – przeczytaj wyżej, zobaczysz że to “nawet” sam obrońca uciśnionych Kaczyński zapowiedział, że hale muszą zniknąć.

      Dochody to nie wszystko – nie można temu wszystkiego podporządkowywać. Potrzebna jest druga linia metra. Potrzebny jest harmonijny rozwój miasta.

    • pshm 19:09 on 2009-07-29 Permalink | Reply

      Wiesz co, gdyby sugerowanie Ci kariery politycznej nie było jawną i oczywistą obrazą, to normalnie po przeczytaniu tego posta świadomie i bez żadnych ale oddałbym na Ciebie głos w przyszłych wyborach ;]

  • Leszek Krupiński 11:18 on 2009-04-16 Permalink | Reply  

    A w Muzeum Narodowym same nowiny 

    Piotr Piotrowski, nowy dyrektor Muzeum Narodowego w Warszawie, planuje same zmiany.

    Muzeum nie jest instytucją, która ma generować kulturalny spokój. Chciałbym, żeby Muzeum Narodowe było bardziej widoczne i zauważalne. Koniec z wystawami dla masowego widza, czas na awangardę i nieznanych artystów

    Ja tam jestem jakiś dziwny, ale Muzeum Narodowe kojarzy mi się z kanonami sztuki, tak jak Luwr czy Ermitaż. Pan Piotrowski jednak przekonuje:

    Muzeum nie jest instytucją, która ma generować kulturalny spokój. To raczej właściwość innych mediów: głównie rozrywkowych takich jak telewizja.

    Może to problemy na puncie styku człowiek<->artysta, bo ja, od czasu do czasu oglądając telewizję, to kulturalnego spokoju tam nie widzę. Widzę za to Jolę z Dodą na łyżwach – może to jest spokój przy awangardzie, którą pan Piotrowski wprowadzi do Muzeum?

    A może po prostu się nie znam ;)

    Wywiad z p. Piotrowskim

     
    • pshm 17:44 on 2009-04-28 Permalink | Reply

      Facet chyba chce dobrze, bo generalnie to w porównaniu z zagranicą to instytucje kulturalne w Polsce to cienizna. Jak do tej pory na coś bardziej pojechanego odważyło się tylko Muzeum PW na Grzybowskiej.

      Fakt jednak faktem, że pokazywać klasyków ktoś musi, więc jak będzie próbował zrobić z tego coś pokroju Zachęty 2.0 to już trochę może zaboleć.

      Natomiast tekst z telewizją “generującą spokój” nadaje się IMO na basha ;] No chyba, że ktoś ogląda TV Trwam ;)

    • Leszek Krupiński 07:49 on 2009-05-06 Permalink | Reply

      Może i chce dobrze, ale właśnie mi o to chodzi, że jego pomysły są super, ale dla innego miejsca. Muzeum PW zrobiło cuda z formą – jeśli wymyśli tego typu nowinki w stosunku do prezentacji klasyki to będę pozytywnie zaskoczony, aczkolwiek szczerze w to wątpię – puszczanie przez głośniki ‘pocztu królów polski’ T-Raperów znad Wisły? ;)

  • Leszek Krupiński 20:55 on 2009-03-14 Permalink | Reply
    Tags: , , Watchmen   

    Dylemat z filmem Watchmen 

    Gdy zaczęły się napisy kończące film Watchmen, myślałem sobie “fajny film” i liczyłem na emocjonującą wymianę opinii z współoglądaczami na temat najlepszych scen filmu. Popatrzyłem jednak na twarze reszty ekipy i okazało się, że tylko ja byłem tak pozytywnie nastawiony do filmu. W związku z tym zacząłem się zastanawiać – co było w tym filmie nie tak?

    Może na początek zaznaczę, że mam do filmów podejście realistyczne. Jeśli idę do kina na głupią komedię to nie marudzę później, że było dużo żartów o puszczaniu bąków, a idąc na film akcji nie dziwię się, że główny bohater pokonał już trzydziestego karatekę mafii. Tak samo tutaj – wiedziałem, że jest to ekranizacja komiksu, a one rządzą się specyficznymi prawami.

    Zacznę od tego co mi się podobało – bo nad tym nie musiałem się zastanawiać. Na pewno podobały mi się realia. W filmie świetnie odtworzono lata 80-te, i bardzo ciekawie wprowadzono do nich pewne zmiany, tworząc alternatywną historię: nie było afery Watergate, przez co Nixon nie został odsunięty od władzy i był wybrany na kolejną kadencję, USA w Wietnamie zwyciężyło, a zimna wojna zamiast wygasać – zaostrza się, co stanowi oś wydarzeń filmu. W klimat owego świata niesamowicie wprowadza sekwencja tytułowa – sceny z życia superbohaterów, wydarzenia historyczne, a także ich połączenia – absolutnie rozłożył mnie urywek pokazujący moment robienia jednego z najsłynniejszych zdjęć, zrobionego po kapitulacji Japonii na koniec drugiej wojny światowej, gdzie zamiast marynarza pielęgniarkę całuje superbohaterka.

    Klimat filmu jest dodatkowo budowany przez muzykę. Utwory Hendrixa, Dylana czy Joplin świetnie podkreślają wydarzenia pokazywane na ekranie. Widać też, że twórcy filmu także dobierając piosenki celowali w te z okolic czasowych akcji, a także chcieli nawiązywać do dzieł kultury (np. Cwał Walkirii w scenach z Wietnamu).

    Nie można też nie wspomnieć o efektach specjalnych, do których nie można się przyczepić. Oczywiście robią wrażenie, ale nie są nachalne. Ilustrują wydarzenia, ale nie są celem samym w sobie. Tutaj wielki plus.

    Scenariusz… cóż, tu już trochę gorzej. Nie czytałem (jeszcze) komiksu, więc nie mogę stwierdzić w jakim stopniu odpowiada pierwowzorowi, czy jest lepszy czy gorszy. Sama historia jest (żadna niespodzianka) komiksowa i dosyć banalna, aczkolwiek zakończenie już takie nie jest. Aczkolwiek banalność osi wydarzeń dotarła do mnie dopiero po chwili przemyśleń – inne elementy filmu dobrze nadrabiają braki, a nawet więcej – sprawiają, że film wciąga. Ale o tych elementach zaraz.

    Fabuła jest mocno nieliniowa. Akcja jest przerywana wspomnieniami, retrospekcjami czy przemyśleniami bohaterów. Sam fakt ich przedstawienia przypadł mi do gustu, bo zawsze ciekawią mnie losy bohaterów “przed” lub “po”, ale mocno spowalniają bieg wydarzeń.

    Teraz o wspomnianych wcześniej “elementach”. O filmie było wiadomo wcześniej, że nie jest typowym filmem o superbohaterach. Tutaj herosi nie są cudami bez zmazy i skazy. Mają swoje problemy, swoją przeszłość (zazwyczaj trudną), i oglądając film często ma się wrażenie, że Strażnicy generują więcej problemów niż likwidują. Ale przez to są ciekawi. Postacie z różnymi odcieniami szarości potrafią zaskoczyć człowieka, w przeciwieństwie do Supermena, który zawsze wiadomo co zrobi.

    Z minusów filmu – na pewno drażniły mnie niektóre sceny, ewidentnie niepasujące do reszty filmu. Moim zdaniem całkiem zbędne było zbyt dosłowne pokazywanie przysłowiowych “flaków”. W 99% filmu wystarczyło pokazać np. krew wypływającą spod drzwi, a w jednej czy dwóch scenach widać wszystko ze szczegółami – można było sobie to darować. Podobnie z “golizną” – sceny pozostawiały bardzo niewiele wyobraźni.

    Zastanawiałem się co jeszcze mogło się moim znajomym nie podobać, ale podejrzewam że nie spodobała im się fabuła i to przyćmiło resztę filmu.

    Konwencję komiksową można akceptować lub nie, ale tak jak wspomniałem na początku, idąc do kina na ekranizację komiksu można się spodziewać cudów techniki wyprzedzających swój czas, niepokonanych siłaczy, dziwnie wyglądających stworzeń i wypadków w czasie przeprowadzania eksperymentów, które to eksperymenty dają nadludzką moc. Jeśli ktoś tego “nie trawi”, to “Watchmen” raczej można sobie odpuścić. Ale jeśli się to choćby toleruje, to film można obejrzeć choćby dla przekonania się jaki alternatywny świat stworzyli scenarzyści.

    (Tekst opublikowany w serwisie Filmaster na licencji CC-BY-2.5)

     
  • Leszek Krupiński 13:25 on 2009-01-07 Permalink | Reply
    Tags: , pasterka, wigilia   

    Kościół się nie zmienia! 

    Ten post i tak chciałem napisać, ale teraz do jego napisania zmotywował mnie wpis http://lrem.net/) (http://lrem.net/)" href="http://lrem.net/">lRema pt. http://blog.lrem.net/2008/12/26/kosciol-sie-nie-zmienia/) (http://blog.lrem.net/2008/12/26/kosciol-sie-nie-zmienia/)" href="http://blog.lrem.net/2008/12/26/kosciol-sie-nie-zmienia/">“Kościół się nie zmienia?”, więc do pewnego stopnia jest to polemika z Jego notką.

    lRem pisze o zmianach w sposobie celebrowania mszy czy dopuszczeniu osób świeckich do obrządku, co dla mnie jest mało istotne. Istotny dla mnie jest światopogląd, który najwyraźniej nie ma ochoty się zmienić.

    Święta Bożego Narodzenia spędziłem u “teściów to-be” i tam też byłem w kościele na pasterce. Liczyłem, że ksiądz będzie mówił, że Bóg się narodził, że to powód do radości, żeby się dzielić tą dobrą nowiną itp. Jakże się myliłem…

    Poczułem się jakbym był w średniowieczu, kiedy to Kościół, w celu umotywowania ściągania kasy, utrzymania władzy i kontroli nad ciemnym ludem, straszył motłoch piekłem. W pasterkowym kazaniu ksiądz może piekłem nie straszył, ale za to mogłem posłuchać jak to ludziom jest źle. Zaczął od kryzysu. Kryzys skierował jego myśli ku emigracji zarobkowej, co powoduje złe warunki wychowania dzieci pozostających w kraju. A jak źle w kraju – to zaczął opowiadać o tych co biją dzieci, piją. Co robią piekło (tak dokładnie powiedział) nawet w dniu wigilii Bożego Narodzenia. A czemu to wszystko? Bo nie przystępują do komunii! I tak oto ksiądz przekazał nam rozwiązanie wszystkich problemów świata.

    Rozumiem, że ksiądz musi zachęcać jakoś ludzi do przychodzenia do kościoła. Ale czemu w ten sposób? Nie wiem jak to wygląda w reszcie świata, ale jestem skłonny uznać, że to nasza narodowa tradycja, bo przecież każda kampania społeczna też jest realizowana poprzez wywołanie strachu czy wyrzutów sumienia. No i moment na straszenie też – moim zdaniem – niezbyt szczęśliwy.

    Może to był tylko ewenement? Zapewne. Nie chcę generalizować. Ale takie przypadki jak ten wyżej opisany nie powinny się zdarzać.

     
    • lRem 20:28 on 2009-01-07 Permalink | Reply

      Tak to czytam i… Widzę, żę ksiądz chciał dobrze, ale nie bardzo potrafił.

      Pasterka to jedna z okazji do przekazania nauki największej liczbie wiernych. Naukę najlepiej zacząć od dokładnego zaadresowania, najlepiej poprzez odwołanie do sumienia. Zaś odnowienie i umocnienie w sobie wiary jest z jednym sposobów na zrobienie z siebie lepszego człowieka.

      A że ojczulek wykazał się gracją słonia w składzie porcelany, zaś zamiast nauki wyszedł mu jakiś bełkot… Cóż, nie każdemu w życiu poszczęściło się z talentem i dostosowaniem do niego wyboru kariery :/

    • pshm 01:31 on 2009-02-11 Permalink | Reply

      Co prawda to temat długi jak ta rurka, w której ruscy naukowcy chcieli zmieścić całą wodę z mórz, rzek i jezior, ale co tam…

      Z tego co wiem, a tematem się trochę interesuję, to zachowania tego typu są nagminne. “Syndrom Rydzyka” obecny jest w niemal każdej świątynii w bardziej lub mniej rozwiniętej formie.

      Żal dupę ściska, że pasterz, który powinien lud z ciemnoty wyprowadzać, sam ciemny jest i takoż swoje owieczki w ciemnotę prowadzi.

      Nawiasem mówiąc/pisząc: odjazdowy themesik :] Tylko bym wewnętrzne marginesy kolumny z tekstem zmniejszył.
      Sorry Lechu, musiałem :D

c
compose new post
j
next post/next comment
k
previous post/previous comment
r
reply
e
edit
o
show/hide comments
t
go to top
l
go to login
h
show/hide help
shift + esc
cancel