Sperlonga 2006: Wspinanie na zachodzie

Minął już ponad rok czasu od wyprawy do Sperlongi, więc chyba pora najwyższa, żeby coś o niej napisać.

Sperlonga, miejscowość w środkowych Włoszech, na południe od Rzymu, na wybrzeżu Adriatyku, to dosyć częsty cel wyjazdów wspinaczkowych Polaków – głównie ze względu na łatwość dojazdu i duże urozmaicenie dróg (dla każdego coś się znajdzie). Odpowiednio wcześnie wykupione bilety tanich linii lotniczych pozwalają nawet na wyjazd weekendowy za umiarkowaną cenę…

Przygotowania

Od pomysłu wypuszczenia się „na zachód” (chociaż bardziej na południe, ale to szczegół) do jego realizacji, jak to zwykle bywa w przypadku naszej ekipy, minęło niewiele czasu. Od pierwszej rozmowy do kupna biletów na samolot minęły ledwie 3 dni. Żeby było taniej, jak wspomniałem wyżej, bilety musieliśmy kupić odpowiednio wcześniej, tak więc oczekiwania było więcej niż całego wyjazdu. Ostatecznie zaplanowaliśmy wyjazd tak, że wyjeżdżaliśmy w sobotę 4-go marca 2006, a wracaliśmy we wtorek 14-go.

Bilety linii CentralWings kosztowały nas łącznie 200 zł w obie strony – trafiliśmy akurat na promocję, polegającą na braku opłaty lotniskowej. Planowaliśmy spać na plaży, więc musieliśmy wziąć ze sobą namiot i resztę wyposażenia biwakowego, co razem ze sprzętem wspinaczkowym dawało sporą wagę. Całe szczęście, że oprócz nas, „lotników” (ja, Adam, Łukasz), kilka osób z Polski jechało samochodem i mogli wziąć trochę naszych gratów, które nie byłyby nam potrzebne od razu – „drogowcy” mieli przyjechać dzień po nas, więc przynajmniej namiot musieliśmy zabrać do samolotu.

Wylot

Na lotnisko dotarliśmy odpowiednio wcześnie, ale oczywiście nie mogło być normalnie. Chwilę po wejściu do hali ochrona zaczęła wszystkich wypraszać ze względu na „bombowy” alarm. Zajechał wielki pojazd pancerny, panowie saperzy upewnili się, że w pozostawionej torbie oprócz gatków nie ma nic bombowego, więc cała afera szybko się skończyła i mogliśmy spokojnie nudzić się w hali odlotów. Najpierw czekanie na rozpoczęcie odprawy, ważenie plecaków, czekanie na rozpoczęcie kontrol wszelkich… Grzebali nam w plecakach podręcznych, ale co ciekawe, nie sprawdzili ani pudełka z magnezją Łukasza, ani scyzoryka Adama, ani moich skalpeli w apteczce. Wszelkie mało groźne żelastwo w stylu karabińczyków już pomijam.

To był nasz pierwszy lot samolotem, więc mieliśmy dodatkową frajdę z podróży. Wpakowaliśmy się na pokład, usadowiliśmy w ciasnych fotelach (byznes klas to to nie było) i czekaliśmy grzecznie. Później kołowanie i bardzo przyjemny (dla nas przynajmniej) start i nawroty w okolicach lotniska.

Lecieliśmy około dwóch godzin. Podchodząc do lądowania na lotnisku Roma Ciampino widzieliśmy dookoła śliczną zieleń, co przy -20 stopniach Celsjusza w Warszawie było miłą odmianą. Lądowanie obyło się bez problemów – podejście było tak łagodne, że Adam w pewnym momencie spytał „Już wylądowaliśmy?”, i ledwie skończył to mówić, kiedy było dup, przyziemienie, i wtedy Adam dokończył: „Aha”.

Po wylądowaniu szybko się rozebraliśmy (+18 stopni), zgarnęliśmy bagaże, które się trochę porozlatywały (notatka na przyszłość: karimaty trzeba jakoś upychać do środka plecaków, zamiast troczenia) i poszliśmy orientować się gdzie jesteśmy. Plan był taki, żeby wsiąść w jakiś autobus i dotrzeć na dworzec kolejowy Roma Centrale. Ale to był tylko zgrubny plan, bo żaden z nas w Rzymie nie był, nie mieliśmy mapy, nikt nie mówił po włosku itp. Lotnisko Roma Ciampino jest spory kawałek od samego Rzymu – wygląda to mniej więcej tak, jak plany użytkowania lotniska w Modlinie dla przyjezdnych do Warszawy. Z pomocą przyszła nam włoska infrastruktura transportowa, a mianowicie zaraz przed drzwiami wyjściowymi z hali przylotów stały autokary jadące do… Roma Centrale. Zapłaciliśmy, wsiedliśmy i pojechaliśmy. W autokarze musieliśmy się wstydzić za naszych rodaków, którzy przylecieli tym samym samolotem co my – narąbani byli już w powietrzu, a na twardym gruncie dawali popisy śpiewacze (natura ich pokarała, bo staliśmy w korku a im się strasznie chciało do toalety).

Po krótkiej podróży krajoznawczej dotarliśmy do dworca. Przejście obok dworcowego kibelka, który był zlokalizowany poza samym budynkiem, uzmysłowiło nam, że dworcowe kibelki wszędzie pachną podobnie.

Pociągiem chcieliśmy jechać do miejscowości Formia, a stamtąd przez Gaetę do Sperlongi, więc kupiliśmy bilet na najbliższy pociąg do Formii – oczywiście musiał to być najdroższy ICek, ale już nie chcieliśmy kombinować, ani za długo czekać. Wsiedliśmy do pociągu, zlokalizowaliśmy nasze miejsca i zapakowaliśmy się z całym naszym towarem. Staliśmy podejrzanie długo. Po jakimś czasie z megafonów usłyszeliśmy komunikaty. Jak napisałem wyżej, żaden z nas nie mówił po włosku, ale lampkę ostrzegawczą włączyło powtarzające się słowo „Formia”. Szybkie wypytanie współpasażerów-autochtonów uzmysłowiło, że żaden z nich nie mówi po angielsku. Chwilę się pokręciliśmy, pogadaliśmy między sobą, a po chwili… jeden z pasażerów odezwał się w miarę płynną angielszczyzną i wyjaśnił o co chodzi. Otóż uszkodzone zostały tory, i pociąg, którym mieliśmy jechać, pojedzie do stacji docelowej, ale omijając Formię.

Nie było na co czekać, więc ewakuowaliśmy się z pociągu. Skonsultowaliśmy się z konduktorem i chłopaki pilnowali plecaków, a ja poszedłem zwrócić bilet i kupić inny, na pociąg który nas dowiezie do celu. Odstałem swoje w kolejce (takich zwracających było wielu), posłuchałem jak wściekają się Włosi (m. in. usłyszałem zdenerwowane „mamma mia!” w wykonaniu prawdziwej Włoszki – brzmi lepiej niż w TV), dostałem pieniądze i pobiegłem do kasy kupić kolejny bilet. Pani w kasie zapewniała mnie, że tym „nowym” pociągiem na pewno dotrę, ale konduktor z tego właśnie pociągu skierował nas gdzie indziej. Tym sposobem z ICka trafiliśmy do pociągu regionalnego, który nas pozytywnie zaskoczył komfortem i czystością ogólną, a z drugiej strony utwierdził w przekonaniu, że wszędzie pociągowe toalety pachną tak samo.

W pociągu regionalnym przesiedzieliśmy około dwóch godzin, w czasie których uzgodniliśmy z konduktorem, że jak dla niego, to nasze bilety na ICka tutaj też są ważne („Przecież to jedna firma, więc są ważne„), oraz obserwowaliśmy masę awantur z pasażerami. Fakt faktem, że Włosi to kłócić się potrafią.

W końcu się udało i pojechaliśmy. Dotarliśmy do Formii – niedużej miejscowości na wybrzeżu. Jako że było koło północy, to na autobus dalej nie było żadnych szans. Rzuciliśmy okiem na rozkład jazdy busów, i jak wcześniej niewiele wiedzieliśmy o komunikacji kołowej Formia-Sperlonga, to po przeczytaniu tabelek wiedzieliśmy tak samo mało, albo i mniej. Postanowiliśmy spędzić noc na dworcu i kombinować rano.

Adam zapoznał się z mieszkańcami peronów, którzy przy okazji obsępili go ze wszystkich papierosów, najpierw prosząc wprost, a później stosując wymyślne triki w stylu (z tego co byliśmy w stanie zrozumieć) „Wiecie o której odjeżdża autobus? Nie? A macie papierosa?„. Pokręciliśmy się trochę po stacji, rozgrzewając się kawą z automatu, ale szybko się to nam znudziło i poszliśmy sprawdzić, co Formia nocą ma nam do zaoferowania.

Zaczęliśmy od bulderowania na wiadukcie. Przejeżdżający w samochodach ludzie patrzyli się dziwnie, ale w sumie nic dziwnego – zima, a ludzie o drugiej w nocy, cienko ubrani, biegają w trampkach po ścianach. Po tym, jak Adam się trochę pociął roślinnością, stwierdziliśmy, że pora ruszać dalej. Posiedzieliśmy chwilę przed lokalną imprezownią, a później zaliczyliśmy trasę na najwyższy punkt Formii. Dla nas, ludzi z dalekiej północy, niesamowite wrażenie robiły rosnące w ogrodach pomarańcze i cytryny. Ścieżka na wzniesienie prowadziła przez dzielnicę willowych domków – gremialnie stwierdziliśmy, że moglibyśmy tutaj mieszkać.

Wróciliśmy na dworzec, ale nie chcieliśmy już siedzieć w hali, więc rozłożyliśmy się przed budynkiem. Powoli robiło się coraz cieplej, ale przez całą noc, jak dla nas, było komfortowo. Termometr przy dworcu pokazywał o północy 16 stopni, ale później zauważyliśmy, że on zawsze pokazuje 16 stopni. Dodatkowo rozgrzaliśmy się grą „w piłkę” kamieniami.

Dzień drugi

Wczesnym rankiem zaczął się robić ruch – właściciel otworzył przydworcowy bar, a chwilę później przyjechał pierwszy autobus. Od pana kierowcy dowiedzieliśmy się, że dowiezie nas do Gaety, czyli jeszcze nie tam, gdzie chcemy dotrzeć, ale przynajmniej w dobrym kierunku. W komfortowych warunkach (po nieprzespanej nocy i siedzeniu na podłodze na dworcu była to miła odmiana), kilka minut po 6-tej rano, dojechaliśmy na duży parking autobusowy, gdzie przedyskutowaliśmy warianty dalszej podróży, i postanowiliśmy dalej uderzyć z buta. Wszystkie „charakterystyczne” dla nas miejscowości, o których pamiętaliśmy z przeglądania map, znajdowały się na Via Flacca, szosie ciągnącej się wzdłuż wybrzeża, tak więc wystarczyło iść mając po lewej stronie wodę, żeby dotrzeć do celu. A przynajmniej tak się nam wydawało.

Wąskie uliczki w GaeciePo kilku minutach marszu nabrzeżem, przed nami stanął betonowy mur szkoły morskiej. Musieliśmy jakoś go ominąć, a jedyna droga prowadziła w prawo, pod górę (Gaeta położona jest nad morzem, wokół wzniesienia), więc tak poszliśmy.

Wąskie i strome uliczki w GaecieWąska droga wiła się serpentynami między kamieniczkami, co jakiś czas ukazując panoramę na port. W pewnym momencie doszliśmy do miejsca, gdzie dalsze przejście było zablokowane i oznaczone tabliczką „Własność prywatna”, czego dowodem był biegający i szczekający za ogrodzeniem duży pies o nieprzyjaznym nastawieniu. Całe szczęście dało się iść dalej do przodu. Minęliśmy też malowniczy klif – był po lewej stronie, więc uznaliśmy, że jesteśmy na dobrej drodze. Niedługo później wyjaśniła się kwestia naszego położenia, bo zobaczyliśmy… parking, na którym wysiadaliśmy z autobusu. Specjalnie nas to nie zniechęciło (przynajmniej mnie i Adama – mamy wyjątkowo bezstresowe podejście, do którego Łukasz nie zdążył się jeszcze przyzwyczaić) – zrobienie kilku kilometrów pod górę z ciężkim plecakiem skwitowaliśmy „klify były fajne, warto było”.

Usiedliśmy na przystanku autobusowym – trzeba było trochę odpocząć przed dalszym marszem. Kawałek dalej stali taksówkarze, więc pobiegłem do nich spytać się o drogę. Okazało się, że powinniśmy iść w dokładnie przeciwnym kierunku niż ten, który obraliśmy wcześniej. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę na przystanku, a kiedy już mieliśmy się zbierać, podszedł do nas jeden z taksówkarzy i powiedział, że jego kolega właśnie jedzie do domu i nas chętnie za darmo podwiezie. Byliśmy mile zaskoczeni. Wsiedliśmy do super-luks wersji Mercedesa (drewniane wykończenie wnętrza, skórzane siedzenia, bagażnik otwierany z pilota) i pojechaliśmy. Pan taksówkarz po wirażach jechał… odważnie, ale zwalniał gdzie trzeba – głównie przed fotoradarami.

Skały nad tunelem koło SperlongiTaksówkarz wysadził nas kawałek przed słynnym tunelem, nad którym też można się wspinać, i rozpoczęliśmy kolejny etap marszu. Szliśmy wzdłuż drogi, minęliśmy tunele, minęliśmy ekipę wspinaczy, po czym stwierdziliśmy, że coś jest nie tak. Zadzwoniliśmy do naszej kołowej ekipy dowiedzieć się co z nimi i ewentualnie prosić o podwózkę, jednak oni sami nie bardzo wiedzieli gdzie są – spali w samochodzie na przydrożnym parkingu. Zorientowaliśmy się trochę w terenie i doszliśmy do wniosku, że jesteśmy mocno za daleko – nawet za daleko zaczynaliśmy, bo taksówkarz wysadził nas nie w tym miejscu co trzeba. Zmieniliśmy więc kierunek i drałowaliśmy dalej. Minęliśmy miejsce, do którego dojechaliśmy taksówką, a niewiele później dotarliśmy do kolejnego miejsca, które znaliśmy z opisów, które czytaliśmy w Polsce. Był to Ristoro da Guido, jedyny sklep spożywczo-wspinaczkowy jaki znam. Posililiśmy się tam panini, pyszną kanapką z mozzarellą i salami, kupiliśmy przewodnik po drogach okolicznych wspinaczkowych, i ruszyliśmy dalej. Adam z Łukaszem, żeby skrócić drogę, chcieli iść plażą – zostałem przegłosowany, więc poszliśmy plażą, doszliśmy do ogrodzenia terenu prywatnego i zawróciliśmy. W międzyczasie fala zaatakowała mnie lodówką – niewiele brakowało, a atak byłby skuteczny. Trochę zmoczeni wróciliśmy na szosę i szliśmy dalej.

Idąc po szosie zobaczyliśmy idącą z naprzeciwka większą grupkę ludzi, więc mogliśmy się przynajmniej dowiedzieć, czy jeszcze daleko. Ucieszyła nas wiadomość, oczywiście w języku angielskim, że to tylko 20 minut drogi. Już się żegnaliśmy, kiedy ktoś spytał w naszym ojczystym języku, czy przypadkiem nie jesteśmy z Polski. Okazało się, że nie tylko my przyjechaliśmy na wiosenny wspin z kraju nad Wisłą.

Zejście na plażę Spiaggia di Aeronauta prowadziło wąskimi, stromymi schodami. Cieszyliśmy się bardzo, że z naszymi plecakami idziemy akurat w tym kierunku. Na dole minęliśmy ogólnodostępną umywalnię i doszliśmy do słynnej groty, w której także znajduje się wiele obitych dróg wspinaczkowych. Rzuciliśmy graty i poszliśmy zobaczyć co się dzieje w grocie, gdzie wspinało się kilka grup ludzi, głównie miejscowych. Zobaczyliśmy, co można tam robić, i wzięliśmy się za rozbijanie namiotu. Niedługo później przyjechała reszta ekipy z naszym sprzętem, więc poszliśmy się wspinać. Wieczorem w końcu zjedliśmy coś ciepłego i wpakowaliśmy do śpiworów. To był zasłużony odpoczynek po zarwanej nocy i przejściu kilkudziesięciu kilometrów po wcale nie łatwym terenie. Zasnęliśmy szybko, ale w nocy budził nas dosyć intensywny deszcz.

Dzień trzeci

ObozowiskoPoranek 6 marca zaczęliśmy od śniadania i rozgrzewającego meczu w nogę. Pogoda była brzydka i nie motywowała do dynamicznej wspinaczki, więc postanowiliśmy zrobić zwiad terenu. Z Adamem poszliśmy wzdłuż klifu, a raczej po nim, ponieważ poziom wody był dosyć wysoki.

Zwiedzanie klifu. Tego dnia poziom morza był najwyższy z całego naszego wyjazdu.Wycieczka owocowała w różne odkrycia. Znaleźliśmy masę rzeczy, które wyrzuciło burzliwe tego dnia morze, m. in. masę piłek. Oprócz tego znaleźliśmy schowek, gdzie upchane były różne części namiotowe, prawdopodobnie ludzi z okolicy, którym nie chciało się nosić wszystkiego przy okazji każdej wyprawy. Na czas naszej wycieczki pożyczyliśmy jeden namiot, w którym trzymaliśmy sprzęt.

Rozpadliny w klifiePo południu wzięliśmy się na poważnie za wspinanie i zaliczyliśmy kilka fajnych, rozgrzewkowych dróg na klifie. Nie były one zbyt trudne, ale dosyć urozmaicone. Dodatkowych wrażeń dostarczało przepinanie się przez ring zjazdowy: trzecia osoba zaliczająca daną drogę musiała przez chwilę wisieć tylko na karabińczyku, który był zainstalowany na stałe w skale – powietrze, deszcze i bryza ze słonej wody nie wpływały dobrze na stan metalu, przez co karabińczyki były bardzo pordzewiałe, często z zacinającymi się lub w ogóle luźno wiszącymi zamkami.

Wspinaczka nad wodąW czasie wspinaczki znaleźliśmy na plaży namiot i rzeczy turystyczne innej grupy ludzi z Polski, którzy rozbili się na plaży i woda zabrała im wszystko.

Po powrocie do obozowiska zjedliśmy ciepłą zupę i zabraliśmy się ze zmotoryzowaną częścią ekipy do Gaety na małe zakupy. Brakowało nam przede wszystkim Coli – napoju energetyzującego i rozpuszczającego wszelkie zarazki. Zapłaciliśmy w przeliczeniu po 6 zł za puszkę, ale co zrobić, strefa Euro. Po powrocie posiedzieliśmy jeszcze chwilę przed namiotami, ale zaraz zaczęło mocno padać, więc trzeba było się zwijać.

Dzień czwarty

Śniadanie na plaży7 marca w końcu pokazało się pełne słońce. Zjedliśmy przed namiotem zupę mleczną na zimno, dokończyliśmy panini kupione pierwszego dnia i poszliśmy się umyć i połazić chwilę po plaży.

Kiedy my chodziliśmy po plaży, Lukas, członek ekipy zmotoryzowanej, szukał łopaty. Po co mu była łopata? Otóż w nocy wyszedł z namiotu „za potrzebą”, a nad ranem okazało się, że załatwił się na środku obozowiska, więc trzeba było po sobie posprzątać.

Mycie głowy pod palmamiSkorzystałem z okazji, że było ciepło i słonecznie, i umyłem włosy. Byłem jedynym członkiem wyprawy z trochę dłuższymi kudłami, przez co cierpiałem bardzo, i przy pierwszej możliwości umycia ich bez ryzyka zapalenia płuc, pobiegłem pod kran. W międzyczasie okazało się, że na plaży pojawił się Kolarz, znany też jako Marcin Kantecki, opiekun ścianki wspinaczkowej na Obozowej, wraz z rodziną (żona, córka, dwa psy).

Urozmaicona droga przy schodach na plażę. Wspinam się akurat ja.Po krótkiej rozmowie z towarzystwem, udaliśmy się w celu dokonania wspinu. W najbliższej okolicy było aż nadto dróg, więc postanowiliśmy najpierw zaliczyć właśnie te, które nie wymagają dłuższych podróży. Ze względu na różnicę w umiejętnościach i kondycji, ja z Łukaszem wspinaliśmy się na drogach łatwiejszych, a Adam – trudniejszych. Poszliśmy na skały wystające z samej plaży, kilkaset metrów na północ od groty. „Problem trzech wspinaczy” (brak jeszcze jednego do asekuracji) rozwiązaliśmy tak, że wspinaliśmy na zmianę, a czasem pomagał nam Kolarz. Rejon klifu bardzo przypadł mi do gustu. Może drogi nie były kosmicznie trudne, bo nawet ja sobie radziłem z nimi bez problemu (okolice VI.1), to były ciekawe, urozmaicone – dużo półek, rozpadlin, szczelin.

Skały trochę dalej od groty. Tu też wspinam się ja.Adam wspinał się kawałek dalej – dołączyliśmy do niego po zaliczeniu wszystkiego, co nas zainteresowało. Tamte skały różniły się mocno od wcześniejszych. Przede wszystkim, po wyjściu ponad dolną część z jamkami, skała była dosyć płaska, z niewielką ilością miejsc do złapania się. Było ciężko. Motywowani pokrzykiwaniem Kolarza, przystawialiśmy się do dróg trudniejszych, które w końcu, z przerwami bo z przerwami, ale robiliśmy.

Adam podziwia zachód słońcaW takiej przyjemnej atmosferze wspinaliśmy się aż do wieczora. Wiszenie na ścianie nad plażą, morzem, przy zachodzie słońca, jest bardzo przyjemne – jeśli ktoś będzie tylko miał możliwość, to polecam. Wtedy doświadcza się metafizyki wspinania, można naprawdę cieszyć się tym, co człowiek robi, wyciszyć się (to dla pracoholików i nerwusów).

Ja i Adam na skale wystającej z morza. Zrobienie tego zdjęcia kosztowało mnie rozciętą stopę.Było jeszcze relatywnie wcześnie, więc zajęliśmy się zabijaniem nudy. Chodziliśmy po plaży, zbieraliśmy muszelki, które później wyrzucaliśmy, bo były małe, brzydkie i połamane, biegaliśmy po skałach wystających z wody itp. W czasie robienia zdjęcia widocznego po lewej (było robione na skale wystającej z wody – trzeba było skakać z jednej na drugą, żeby samowyzwalacz ustawić) rozciąłem sobie dosyć mocno stopę (notatka: nie biegać po skałach w luźno zapiętych sandałach), ale na szczęście nie było z tego powodu problemów ze wspinaniem.

Po powrocie do obozowiska postanowiliśmy trochę jeszcze nad nim popracować. Pozbieraliśmy okoliczne głazy i zbudowaliśmy mur, który by osłaniał nas od wiatru i piasku, co szczególnie przeszkadzało w czasie korzystania z kuchenki gazowej. Dumni z naszej konstrukcji czekaliśmy cierpliwie na zakupy, które zamówiliśmy u ekipy zmotoryzowanej.

Dzień piąty

Widok na Spiaggia di Aeronauta z poziomu szosyÓsmy dzień marca postanowiliśmy przeznaczyć na rest. Trafiliśmy na super pogodę (pełne słońce, żadnych chmur), więc poszliśmy spacerkiem do Gaety. To ładnych kilka kilometrów, ale aura sprzyjała a widoki były nader przyjemne – z jednej strony morze, z drugiej skały i wzgórza. Po raz pierwszy od kilku dni wdrapaliśmy się po schodach na górę i mogliśmy podziwiać naszą plażę w pełnej krasie. Szliśmy ubrani dosyć lekko – ja i Adam w krótkim rękawku, a Łukasz nawet w krótkich spodenkach. Wywoływało to zainteresowanie mijających nas Włochów, bo oni byli ubrani w ciepłe płaszcze, czapki i szaliki. Specjalnie nas taka różnica ubiorów nie zaskoczyła – w końcu to była zima, a to, że u nas w kraju było jakieś 40 stopni mniej, miało niewielkie znaczenie.

Ja, Adam i ośnieżone szczyty nad GaetąW miarę zbliżania się do miasta, po bokach szosy zaczęły wyrastać domki, z rzadka na poboczu jakiś samochód, a w sporej części samochodów ludzie… hmmm… zajmujący się sobą. Nie przeszkadzając im zbytnio przemykaliśmy tylko dalej. Minęliśmy ciekawie wyglądającą starą basztę, most, a dochodząc do samej Gaety zobaczyliśmy górujące nad miastem ośnieżone szczyty. Wywołało to nasz zachwyt nad okolicą – można tu było pływać, żeglować, nurkować, wspinać się po skałach i – jak się okazało – także chodzić po górach.

Klify w GaecieKawałek dalej zobaczyliśmy kolejny ciekawy widok, mianowicie wzgórze i klify, które okrążaliśmy pierwszego dnia po przylocie. Słyszeliśmy, że na tych klifach można się wspinać startując z wody, ale na tym wyjeździe nie dane było nam się o tym przekonać. Szliśmy dalej wzdłuż głównej ulicy, która prowadziła wzdłuż plaży, a dalej promenadą obok przystani. Nie mieliśmy zbyt ambitnych planów na ten dzień – chcieliśmy pochodzić trochę po mieście i zjeść pizzę, no bo jak można być w Italii i nie zjeść pizzy. Weszliśmy do dość eleganckiego lokalu, bardziej restauracji niż pizzerii w naszym tego słowa znaczeniu, rozsiedliśmy się i zaczęliśmy wertować karty dań. Pizza w menu była, ale kelner nas odprawił z kwitkiem – pizza tylko po 17-tej. Pełni niezrozumienia dla tego dziwnego obyczaju poszliśmy szukać innej jadłodajni. Niedaleko znaleźliśmy niewielką pizzerię, nastawioną już tylko na to danie. Stołowała się tam najwyraźniej spora część okolicznych mieszkańców. Jeśli dla nich tamtejsza pizza była dobra, to postanowiliśmy spróbować i my. I opłaciło się – była pyszna. Łukaszowi średnio smakowała prawdziwa pepperoni, ale został przegłosowany w kwestii oceny. Cenowo nie było tragedii – po obiegowych opiniach byliśmy przygotowani do dużo wyższego rachunku, ale zmieściliśmy się w okolicach 15-tu euro za dwie pizze i napoje.

Ja pod palmąNajedzeni poszliśmy dalej zwiedzać, kierując się wzdłuż promenady. Bardzo podobała nam się okoliczna roślinność. Różnego rodzaju drzewka palmopodobne były bardzo odmienne od tego co na co dzień można zobaczyć w Polsce. Pokluczyliśmy jeszcze trochę po bocznych alejkach, ale nawet nie mogliśmy pochodzić po sklepach, bo akurat była pora popołudniowej przerwy.

Parking przed włoską szkołąWchodząc głębiej w miasto przechodziliśmy obok szkoły. Na parkingu przed szkołą roiło się od wszelkiego rodzaju skuterów – już wcześniej zauważyliśmy, że we Włoszech to pojazd całoroczny. Jeszcze kawałek dalej był bazar, gdzie można było kupić ogólnie rzecz biorąc dowolny rodzaj tandety, od spinek do włosów, przez tandetną biżuterię, do dżinsów i stringów – generalnie to samo, co u nas na stadionie X-lecia.

Palmy, marina, ośnieżone sczyty, ja, AdamPrzed nami były już tylko góry, więc cofnęliśmy się do promenady i idąc wzdłuż niej doszliśmy do przystani, a dalej do stoczni remontowej. Tam też nie znaleźliśmy drogi przejścia i postanowiliśmy wracać już do namiotu.

Maluch - z ziemi polskiej do włoskiejWracaliśmy tą samą drogą, wypatrując nowe szczegóły w otoczeniu. Znaleźliśmy m. in. bardzo ciekawy dom z tabliczką „na sprzedaż” (w lokalnym języku oczywiście). Dom zbudowany był, na ile mogliśmy ocenić naszymi niewykształconymi zmysłami, w stylu toskańskim. Trochę zaniedbany, ale stwierdziliśmy wspólnie, że ostatecznie byśmy mogli go przyjąć, doprowadzić do stanu używalności i mieszkać a takich pięknych okolicznościach przyrody. Następną ciekawostką był… Maluch. Fiata 126p się tam nie spodziewaliśmy, więc zrobiliśmy sobie obowiązkowe zdjęcia pamiątkowe. Dalsza część drogi powrotnej odbyła się już bez jakiś większych odkryć.

Chłodny wieczór na plażyDotarliśmy na plażę, ciesząc się, że tym razem idziemy w tym łatwiejszym kierunku schodów. Zaczynało się robić ciemno, więc wzięliśmy się szybko za przygotowywanie kolacji. W międzyczasie ubraliśmy się ciepło, bo mimo wszystko to był dopiero początek marca i noce były delikatnie mówiąc chłodne. Do kanapek z przywiezioną ze sobą konserwą turystyczną postanowiliśmy pić grzane wino. Trunek zapewnili nam zmotoryzowani koledzy, którzy kupili dla nas 5-litrowy baniak. Jeden z nich miał też ze sobą kurkumę, więc mogliśmy sobie wszystko przyprawić. Z lekka zakręceni udaliśmy się na zasłużony spoczynek.

Dzień szósty

Ja wspinający się w grocie. Bardziej urozmaicona część groty.Rankiem dziewiątego marca okazało się, że noc nie wystarczyła, żeby się wypadało. Kapało może niezbyt intensywnie, ale cały czas. W takiej sytuacji pozostało nam „tylko” wspinanie w samej grocie – kilkadziesiąt obitych, nazwanych, wycenionych dróg po urozmaiconej skale. Zjedliśmy kanapki z naszym zdrowym polskim pasztetem i ruszyliśmy w drogę (do groty mieliśmy jakieś 100 metrów). Grota zapewniała nam zadaszenie, ale było dosyć zimno, więc przynieśliśmy tam kuchenkę, wodę i grzaliśmy się zupkami chińskimi – każdy zjadł po trzy.

Na głowę nam nie kapało, ale po skałach cały czas sączyła się woda. Dawało to dosyć ciekawe efekty, bo mokre, wapienne skały są bardzo śliskie, co bardzo utrudniało wspinaczkę, ale za to powodowało dużo śmiechu, kiedy robiło się któreś kolejne podejście do wykonania jednego ruchu, kończące się malowniczym lotem (to grota, czyli spora przewieszka) z powodu wyślizgującego się nacieku.

Adam w grocie. Część płaska, wyżej część pochyła.Grota nie jest w całości przewieszona. Jest spory kawałek pionowej ściany, gdzie zaliczyłem śliczny, kilkumetrowy lot. Ale może od początku. To był dopiero początek marca, więc dosyć szybko robiło się ciemno, a w grocie jeszcze szybciej. Na dobry koniec dnia wziąłem się za drogę, która szła właśnie tym „płaskim” kawałkiem przez większą część. Płaska część skały była dosyć jasna, ale jak tylko zaczynało się przewieszenie, to ciemniała. Po dojściu do przewieszenia, kiedy ostatnią wpinkę miałem jakieś pół metra pod moimi stopami, zacząłem rozglądać się za następnym ringiem, ale nie było go nigdzie. Ludzie z dołu też nie byli w stanie pomóc. Jedna wpinka była sporo pode mną, a następna 3 metry wyżej, odstałem swojego na przybloku, więc bym już nie dał rady wyjść do następnego punktu asekuracyjnego, więc zdecydowałem się na lot – Adam wybrał mnie dynamicznie, więc poleciałem jakieś 5 metrów w dół, lekko zawadzając o ścianę, ale bez tragedii.

Rozpijanie baniaka winaPo zabawie w grocie musieliśmy trochę odpocząć, zrelaksować się. Pochodziliśmy po plaży, gdzie znaleźliśmy wyrzucone przez morze dziwne stworzenia, szybko ochrzczone „potworami morskimi”. Później wzięliśmy baniak z winem pod pachę i poszliśmy przed namiot kolegów uspołeczniać się przy tanim trunku – było kwaśne straszliwie, więc ratowaliśmy się dosładzając je odpowiednio. Zostaliśmy też poczęstowani przez Lucka tortellini, czymś pomiędzy makaronem a uszkami, z różnym nadzieniem.

Dzień siódmy

Przygotowania do wspinu na El PuebloNa dziesiątego marca umówiliśmy się z Kolarzem. Zjedliśmy pożywne mleko z dodatkami i poczłapaliśmy schodami do góry. Na parkingu przy szosie już czekał Kolarz z rodziną i pojazdem. Podjechaliśmy do rejonu El Pueblo znajdującego się kilka kilometrów w stronę Sperlongi. Od bardzo małej dróżki trzeba było jeszcze dojść spory kawałek pod górę. Udało nam się zrobić po jednej drodze wspinaczkowej, kiedy zaczęło lać. Szybko się zebraliśmy i pojechaliśmy w domku Kolarza – wysuszyliśmy się, napiliśmy winka i postanowiliśmy przeprowadzić do przyczepy campingowej, która należała do pani Miry. Pani Mira, Ukrainka z pochodzenia, mieszka w domu, w którym wynajmuje pokoje (mieszkała tam część ekipy samochodowej), oprócz tego jest jeszcze wolno stojący domek (w którym mieszkał Kolarz) i kilka „stacjonarnych” przyczep kempingowych – każda z małym, ogrodzonym kawałkiem terenu, kuchnią gazową, zestawem naczyń itp. Ustaliliśmy, że ja z Adamem zamieszkamy już w przyczepie, a Łukasz, który planował wracać wcześniej, będzie spał jeszcze jedną noc w namiocie z Lukasem.

Po zatwierdzeniu planów wróciliśmy na plażę. Padał deszcz, ale i tak się spakowaliśmy, zwinęliśmy mokry namiot, i poszliśmy się wspinać do groty. Zbyt dużo się nie wspinaliśmy, ale Adam zdążył jeszcze zaliczyć 6c+.

Zabraliśmy graty i korzystając z uprzejmości Kolarza przeprowadziliśmy się do przyczepy. Poszliśmy do pani Miry załatwić kilka spraw i przed jej drzwiami trafiliśmy na drzewko, na którym rosły dziwne owoce – coś pomiędzy mandarynką a cytryną, o kształcie… trudnym do określenia. Chyba najlepiej do tego pasuje „to plastikowe coś z jajek z niespodzianką, tylko trochę większe”. Powiedziano nam, że to chińskie mandarynki, ale z Adamem ochrzciliśmy je mianem srambusów (srambus – zmienna metasyntaktyczna w słowniku moim i Adama) i przy każdej okazji podjadaliśmy ich trochę, jedząc je w całości (po powrocie widziałem te owoce w supermarkecie – były ty kumkwaty i kosztowały jakieś 30 zł za 0.5 kg). Po załatwieniu formalności pojechaliśmy z Kolarzem po zakupy, przygotowaliśmy kolację (tortellini z kurczakiem w sosie… jakimś – nie ważne, smakowało) i poszliśmy do chłopaków nocujących w willi pani Miry. Obejrzeliśmy kilka teledysków na MTV, skorzystaliśmy z prysznica (pora była najwyższa) i poszliśmy do przyczepy spać.

Dzień siódmy

Jedenastego marca zbyt dużo się nie działo. Od rana lało na potęgę. Posililiśmy się bułkami i wyruszyliśmy na zwiady co u pozostałych ekip. W willi panował nastrój „Ibiza 2006” – w telewizji MTV, bałnsujące panienki w teledyskach naszych czarnych braci, czarne rytmy itp. Po zaspokojeniu ciekawości co do najnowszych hitów muzyki pop przemieściliśmy się do domku Kolarza, gdzie do wieczora gadaliśmy i rozpracowywaliśmy winka z rozlewni pani Miry (pyszne, polecam).

Dzień ósmy

Widok z i na przyczepę kempingowąPo labie dnia poprzedniego, dwunastego marca odrobiliśmy wszystkie zaległości we wspinaniu. Świeciło śliczne słońce, więc szybko zjedliśmy mleko z dodatkami, zgarnęliśmy Mariannę (tym razem to Kolarz opiekował się potomstwem) i poszliśmy się wspinać na El Pueblo. Od naszego aktualnego miejsca noclegowego mieliśmy niezbyt daleko we współrzędnych poziomych, ale bardzo dużo w pionowej. Skały, na których się wspinaliśmy, leżały bezpośrednio nad naszą przyczepką, co widać na zdjęciu obok – na górnym jest widok z góry, na dolnym (niespodzianka!) z dołu – nie dokładnie w to samo miejsce, z którego jest robione górne zdjęcie (tamto miejsce jest bardziej na lewo), ale jakiś pogląd względem odległości można sobie wyrobić.

Wspin na El Pueblo. Wspina się Adam, ja asekuruję.Okolica jest bardzo przyjemna, jest sporo zróżnicowanych dróg, tak więc każdy znajdzie sobie tam coś ciekawego, tym bardziej, że rejon jest bardzo szeroki a dróg całe zatrzęsienie.

Wycena dróg według przewodnika może być trochę niewymierna, bo zdarzały się drogi jednym przechwytem trudniejszym, według naszej oceny tak, jak w przewodniku, a reszta była już sporo łatwiejsza. Bywało też tak, że na drogach z trudnym jednym przechwytem Adam i Marianna zgadzali się z wyceną, a dla mnie było to już sporo łatwiejsze, bo udawało mi się wyciągnąć do następnego dobrego chwytu. Tak czy tak – było fajnie i ciekawie. Każde z nas zrobiło po około 10 dróg, w tym moje pierwsze 7b (tak, wiem, mizernie się wspinam). Ostatnie drogi były wyznaczone w skale o bardzo ciekawej fakturze – cała była w pionowe strugi, a była tak chropowata, że można było bez problemu przyciągać się do niej dwoma palcami. W rozpadlinach (które ze względu na ich kształt nazwaliśmy „doniczkami”) znajdowały się rożne niespodzianki, więc osoba, która szła pierwsza, po zaliczeniu drogi opowiadała uważajcie przy pierwszej doniczce, bo tam jest woda, w drugiej jest błoto, w trzeciej – oset, a przy topie latają osy (nie, nie koloryzuję i nie przesadzam).

Późne popołudnie na plażyMarianna postanowiła dać się powspinać Kolarzowi, więc pojechaliśmy do Groty. Ja wspinałem się już „lajtowo”, ale Adam wymęczył 7a+. W tym czasie Kolarz wyczyniał cuda na suficie – potrafił klinując się kolanem, wisząc do góry nogami, pokazywać komuś jak ma iść na drodze po drugiej stronie groty. Po całym słonecznym dniu mieliśmy jeszcze super wieczór na plaży. W obozowisku raczyliśmy się jeszcze pysznym winkiem.

Dzień dziewiąty

Moneta - widok od strony Via FlaccaTego dnia, korzystając ze słońca, pomimo chłodu, postanowiliśmy pójść, gdzie jeszcze nie byliśmy – w skały o wdzięcznej nazwie Moneta. Było to dłuższy spacerek od naszej przyczepy, więc zjedliśmy solidne śniadanie w postaci chińskich zupek. Moneta znajduje się dokładnie na wysokości Ristoro da Guido – wystarczyło iść wzdłuż Via Flacca (w tamtym miejscu dwie drogi idą obok siebie – Via Flacca od strony morza, a od lądu mała lokalna uliczka dojazdowa do sklepów i restauracji, którą można spokojnie iść, bez obawy bycia rozjechanym przez samochody), i w pewnym momencie odbić do prostopadłej uliczki, która ciągnie się wzdłuż czegoś, co wyglądało na trochę zaniedbane ogródki działkowe (albo tylko takie sprawiało wrażenie). Za ogródkami zaczynało się bardzo strome wzniesienie, które zmęczyło nas niesamowicie. Część ścieżki była ostro nachylona, reszta esowała, przez co pomimo względnej bliskości, szło się dosyć długo.

Podnóże MonetyPo dojściu do podnóża skał rozpakowaliśmy się, przygotowaliśmy do wspinu i zaczęliśmy się męczyć. Ruszaliśmy się dosyć żwawo, bo pogoda nie rozpieszczała i bywało momentami dosyć chłodno.

Formacje skalne na Monecie są dosyć ciekawe – sporo różnego rodzaju szczelin, rozpadlin, miejscami ringi zjazdowe umieszczone były w jamkach, z których był niesamowity widok na linię włoskiego wybrzeża. Niestety, nie miałem na górze żadnej lustrzanki, a zdjęcie z „małpki” by nie oddało tej odległości.

Atak kóz. Trzeba było chować szpej.W czasie wspinaczki przeżyliśmy atak dzikiego stada kóz. Pan pasterz był zdziwiony naszą obecnością bardziej niż same kozy – on gapił się na nas jak na wariatów, a kozy potraktowały nas jak wszystko inne, czyli zaczęły jeść nasz sprzęt. Po odratowaniu czego się da odczekaliśmy, aż niebezpieczeństwo minie, i wróciliśmy do wspinaczki.

Chwilę później mieliśmy drugie „odwiedziny”. Dołączył do nas lokalny wspinacz – tzn. lokalny z naszego punktu widzenia, bo był Włochem, a dokładniejszymi informacjami już się nie interesowaliśmy. Nie było problemu z asekurowaniem go, ale po krótkim „wybadaniu terenu” każdy z nas stwierdził, że nie chce, żeby „lokalny” go asekurował (mówiąc ogólnie – żeby dobrze asekurować w skałach z użyciem grigri trzeba mieć w tym spore doświadczenie, a pan sobie średnio z tym radził).

Z czasem przesuwaliśmy się wzdłuż skały, bardziej na południe. Na koniec zostawiliśmy sobie skałę zamykającą dolinkę – kilka dróg o zróżnicowanym poziomie trudności, ze startem z półki skalnej (polecane auto).

Zachód słońca przy Ristoro da GuidoNa dole, w Ristoro da Guido, spotkaliśmy ekipę samochodową, która akurat się tam posilała. Chwilę z nimi pogadaliśmy i poszliśmy dalej. Powrót ze skał uprzyjemniał fenomenalny zachód słońca, który mogliśmy obserwować bez żadnych przeszkód, ponieważ droga do przyczepy prowadziła cały czas wzdłuż plaży.

Wracając wspomnianą wcześniej dróżką zatrzymał się przy nas samochód i siedząca w nim para spytała się nas (po angielsku) gdzie jest willa pani Miry. Jako że i tak tam zmierzaliśmy, poprowadziliśmy ich, a jako że nie było w samochodzie miejsca, to wlekli się za nami 5 km/h. Na miejscu okazało się, że ta para to Czesi. Dziewczynę z Czech zaprowadziliśmy bezpośrednio do pani Miry, bo i tak musieliśmy się rozliczyć za noclegi. Rozmowa wyglądała bardzo ciekawie – pani Mira (Ukrainka z pochodzenia) mówiła po ukraińsko-polsku, my po polsku, a Czesi po czesku – co ciekawe, wszyscy się rozumieli bez większego problemu. Później jeszcze chwilę porozmawialiśmy z sympatyczną dziewczyną, też w dziwnej hybrydzie językowej.

Resztę wieczoru spędziliśmy razem z Czechami u Kolarza przy winku. Kolarz dyskutował intensywnie z nową ekipą na temat rejonów wspinaczkowych, a my próbowaliśmy zrozumieć z tego jak najwięcej, jako że Marcin mówił po czesku.

Dzień dziesiąty

Pamiątkowe zdjęcie pod naszą przyczepą kempingowąNa ten dzień mieliśmy wykupione bilety na samolot z Roma Ciampino, więc trzeba było się postarać by niczego nie zawalić z transportem. Mieliśmy nastawione budziki, ale i tak Kolarz obudził nas pierwszy. Zrobił nam pamiątkowe zdjęcie przed naszą boską przyczepą kempingową, szybko zebraliśmy graty i skorzystaliśmy z uprzejmości Marcina, który zawiózł nas na dworzec do Formii.

Formia za dniaW kasie biletowej postanowiliśmy nie popełnić błędu z jazdy w przeciwnym kierunku i kupiliśmy bilety na pociąg regionalny, a nie InterCity. Do odjazdu pociągu było jeszcze dużo czasu, więc porozglądaliśmy się po okolicy i dokonaliśmy kilku odkryć. Zaskoczyło nas to, czego nie było widać w nocy – mianowicie nie mieliśmy pojęcia, że stoimy o strzał z łuku od morza, a znad dworca, w oddali, wystają ośnieżone szczyty górskie. Miłą odmianą była też ruchliwość okolicy. Wrażenie pustości miasta zastąpił ruch ludzi dojeżdżających do szkoły czy pracy, masa zaparkowanych skuterów, rowerów itp.

Czekaliśmy na peronie, kiedy przyjechał pociąg, który jechał w pożądanym przez nas kierunku (Rzym). Był o pół godziny za wcześnie, więc na 99% to nie był nasz, ale zgodnie z naszym wyluzowanym podejściem to życia postanowiliśmy do niego wsiąść. W środku okazało się, że to nie nasz pociąg (niespodzianka), bo oczywiście wsiedliśmy do IC. Mimo to, konduktor był tak wyluzowany jak my (niesamowita zaleta Włochów), i po prostu powiedział nam, żebyśmy wysiedli na następnej stacji. Jako że był to ICek, to następną stacją była dopiero Latina. Tam okazało się, że jak mieliśmy pół godziny do naszego pociągu, to ze względu na ekspresowość ICka, mieliśmy już godzinę do odczekania. Ostatecznie udało nam się wsiąść do pociągu regionalnego, który po raz kolejny zaskoczył nas „luksusem” w porównaniu do naszych lokalnych osobówek.

W Rzymie byliśmy rano, a samolot mieliśmy dopiero wieczorem, więc postanowiliśmy zrobić sobie spacer po mieście połączony z poszukiwaniem taniego sprzętu foto. Sprawdziliśmy o której mamy busa na lotnisko i udaliśmy się na polowanie – zaczęliśmy od jedzenia. Pierwszą myślą była oczywiście pizza, ale ciężko było znaleźć coś „wyższej klasy”, więc zjedliśmy coś w niewielkiej, ale „masowej” pizzerii, którą znaleźliśmy zaraz przy dworcu – nie była zła, ale cud sztuki kulinarnej też to nie był.

Kwitnące drzewa w RzymiePo posileniu się poszliśmy dalej. Zrobiliśmy spory kawał drogi chodząc bez żadnego planu czy pomysłu. Szliśmy trochę głównymi ulicami, trochę bocznymi… Ogólnie przyjemne wrażenie, zwłaszcza że w Rzymie była już wiosna, co było widać zwłaszcza po pięknie kwitnących drzewach, a w Polsce czekał nas jeszcze środek zimy. Sklepy z elektroniką okazały się być drogie w porównaniu z tym, co oferowali „prywatni importerzy” z Niemiec, droższe nawet niż w Polsce, więc odpuściliśmy sobie kupowanie tam czegokolwiek. Znaleźliśmy za to targ, na którym kupiłem parmezan, który zamówił u mnie mój brat.

Pamiątkowe zdjęcie pod zabytkiemPo dojściu odpowiednio daleko doszliśmy do wniosku, że pora już wracać, a wracając trzeba spróbować kupić Colę, bo Adam był już na głodzie. Okazało się, że wcale nie jest to takie łatwe. Udało się to nam dopiero w hali targowej, gdzie na małych straganach można było kupić warzywa, owoce, ryby, drobne rzeczy AGD w stylu ostrzałek do noży, słodycze itp. W czasie drogi powrotnej Adam doszedł też do wniosku, że rodzice pewnie będą marudzić, jeśli wrócimy z Rzymu bez żadnych zdjęć zabytków, więc znaleźliśmy pierwsze coś, co wyglądało na zabytek (konkretniej był to pomnik), zrobiłem mu zdjęcie i uznaliśmy temat za zaliczony.

Polowanie na zabytki. W odbiciu widać mnie z aparatem.Pod dworzec dotarliśmy sporo wcześniej niż nasze plany. Na naszych oczach odjeżdżał poprzedni bus, postanowiliśmy do niego podbiec i spróbować się na niego załapać – wsiedliśmy w ostatnim momencie. Po drodze mieliśmy zabawę pod nazwą „rób zdjęcia wszystkiemu, co wygląda jak zabytek”, co po chwili przyjęło absurdalną postać, dzięki czemu mamy zdjęcia „zabytkowego wózka z dzieckiem” czy „zabytkowej witryny sklepowej z zabytkową bielizną”, ale też i zdjęcie staro wyglądającą katedrę.

Na lotnisku mieliśmy zapewnione kilka godzin czekania. Czas ten spędziliśmy leżąc na plecakach na chodniku przed terminalem, opalając się, co wywoływało dziwne spojrzenia, czemu się nawet nie dziwiliśmy, bo w końcu był to początek marca. Do hali weszliśmy dopiero, kiedy zrobiło się chłodno.

Lot mocno się opóźnił, jak się później okazało przez awarię samolotu. Taka informacja wywołała nerwowe spojrzenia części współpasażerów. W czasie startu mieliśmy dodatkową atrakcję w postaci wydzierającego się dziecka oraz pani, która stanowczo domagała się, aby rodzice tego dziecka je uciszyli. Po napatrzeniu się na widok „Włochy by night” od miłej pani kupiliśmy drogie, ale dobre kanapki, zjedliśmy je i usnęliśmy – obudziliśmy się zaraz przed lądowaniem w Warszawie.

Szok termiczny był niesamowity – wylatywaliśmy przy +15 stopniach, lądowaliśmy przy -20. Każdy założył co miał przy sobie do ubrania, a i tak w autobusie okęciowym wszyscy się trzęśli. Dotarliśmy jakoś do terminala, odczekaliśmy swoje przy wydawaniu bagażów i wróciliśmy do domów.

Epilog

Kilka losowych uwag na koniec.

Wyprawa była niesamowita. Wszystko było dla nas nowe, interesujące. Wszystko było obce. Nie znaliśmy języka, ale to nie był duży problem – wbrew obiegowym opiniom dawało radę dogadać się ze wszystkimi po angielsku, z lekką pomocą migowego.

Koszty wyprawy były niewielkie, a byłyby mniejsze gdyby nie np. wspomniane wyżej kupowanie biletów na ICka, a jechanie regionalnym. Na pewno sporo pomógł nam fakt, że cięższy sprzęt i kartusze gazowe mogliśmy dać znajomym do samochodu, ale jadąc w więcej osób i śpiąc już tylko w przyczepie można było odpuścić sobie namiot i gaz, a zamiast tego spakować szpej.

Włosi mają bardzo luźne podejście do życia, ale jak się wkurzą, okazują to bardzo wybuchowo – warto zapamiętać, pomaga to w kontaktach międzyludzkich. Warto jest nie przejmować się za bardzo – to też pomaga.

2 myśli nt. „Sperlonga 2006: Wspinanie na zachodzie”

  1. Nawet prawie po dwóch latach 😉 Ale przyznam się, w czasie wyjazdu robiłem sobie takie „hasłowe” notatki na komórce, do tego zdjęcia sporo przypominały 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *